Kto odpowiada za narażenie na zakażenie koronawirusem tysięcy gości odwiedzających jarmark bożonarodzeniowy na wrocławskim Rynku? Urząd miejski i prywatny operator jarmarku przerzucają się odpowiedzialnością, a sanepid i policja bezradnie rozkładają ręce.
Wrocławski Jarmark Bożonarodzeniowy mimo czwartej fali Covid-19 pęka w szwach. W sobotę i niedzielę pojawiły się tutaj tysiące wrocławian i turystów.
Profesor Andrzej Gładysz, wieloletni krajowy konsultant ds. chorób zakaźnych mówi wprost. - To samobójcy. Narażają siebie i innych. Matematyka nie kłamie. Jeśli na jarmarku pojawiają się tysiące ludzi, z pewnością są wśród nich także zakażeni. Tym bardziej, że ich liczba w Polsce jest dramatycznie niedoszacowana - podkreśla profesor.
Jarmark Bożonarodzeniowy to tymczasem oczko w głowie prezydenta Jacka Sutryka. Ten beztrosko zachęca wrocławian do udziału w imprezie, a w mediach społecznościowych publikuje swoje zdjęcia z jarmarku - bez maseczki i bez dystansu społecznego. Choć i maseczki, i dystans są tam teoretycznie obowiązkowe dla każdego.
- Jestem zawiedziony i rozczarowany podejściem prezydenta Wrocławia. To jest niedopuszczalne. To jest kpienie z epidemii, kpienie z wiedzy i nauki. Totalne zaprzeczenie zasadom prefencji - denerwuje się profesor Andrzej Gładysz. - Przecież każde dziecko wie, że ta choroba szerzy sie drogą kropelkową. Myślałem, że prezydent i zespół zarządzający miastem jest zdroworozsądkowy. Ale się myliłem. W rozsądnych krajach, takich jak Niemcy, odwołuje się jarmarki. A u nas prezydent namawia do udziału w nim. Nie wiem czy to jest prowokacja, czy skrajna niewiedza - nie przebiera w słowach Gładysz.
- Pamiętajmy, że koronawirusem można zarazić się także na otwartym powietrzu. Nie trzeba nawet kichać czy kaszleć, wystarczy głośne mówienie, by wirus szerzył się wokół nas - przypomina profesor.
We wrocławskim ratuszu profesora jednak nie słuchają. Wiedzą swoje i tłumaczą się pokrętnie. Jeszcze przed startem jarmarku, urzędnicy Jacka Sutryka przekonywali, że wydarzenie to można porównać do targów, a te można organizować w Polsce bez ograniczeń. Ale prawo się zmieniło. Od 1 grudnia nowe obostrzenia wprowadzają od organizatorów targów wymóg zachowania limitu 15 metrów kwadratowych na 1 uczestnika. W ratuszu zmienili więc narrację. Teraz jarmark to już nie targi, a "przestrzeń handlowa". - Dziś funkcjonujące obostrzenia bezpośrednio nie dotyczą jarmarków. Na handel nałożono ograniczenia 1 osoba niezaszczepiona na metr kwadratowy. Jednocześnie rząd nie dał nam narzędzi do weryfikacji tego kto jest, a kto nie jest zaczepiony - mówi Tomasz Myszko-Wolski z ratusza.
Odpowiedzialność za bezpieczeństwo uczestników imprezy urzędnicy przerzucają na prywatną firmę, która według nich, jest "organizatorem jarmarku". - Organizator, zgodnie z ustaleniami w związku z pandemią koronawirusa, w celu ograniczenia dużych skupisk ludzi, podczas tegorocznego Jarmarku nie organizuje parady i wydarzeń artystycznych. Nie funkcjonuje również Świąteczna Scena, na której w latach ubiegłych odbywały się występy i koncerty gromadzące dużą ilość odwiedzających. Właśnie ze względu bezpieczeństwo mieszkańców, szczególnie najmłodszych gości jarmarku nie odbywają się również warsztaty świąteczne dla dzieci. W wielu miejsca przypominamy odwiedzającym o konieczności zachowania dystansu oraz zakładaniu maseczek. Są także komunikaty dźwiękowe przypominające o reżimie sanitarnym.
Na Jarmarku zostały ustawione urządzenia do dezynfekcji dłoni dla klientów a serwis techniczny na bieżąco dezynfekuje stoliki, urządzenia rozrywkowe oraz sanitariaty - wylicza Myszko-Wolski.
Tyle że firma, która jarmarkiem zarządza wcale nie czuje się za bezpieczeństwo epidemiczne odpowiedzialna. - To rola urzędu miejskiego, a konkretnie Biura Rozwoju Gospodarczego. To miasto organizuje jarmark, a my jesteśmy tylko jego operatorem. Wszystkie kwestie związane z bezpieczeństwem, w tym ustalenia z policją i strażą miejską są po stronie Biura Rozwoju Gospodarczego - mówi portalowi tuWroclaw.com Mariusz Gurgul, właściciel firmy.
Paweł Wróblewski, dyrektor Powiatowej Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej we Wrocławiu jest też lekarzem. I przyznaje: na jarmarku nie jest bezpiecznie, a wśród tysięcy odwiedzających imprezę z pewnością są też osoby zakażone. - Na pewno zagrożenie istnieje. Ale niestety, niewiele możemy zrobić. W tym przypadku konieczne są rozwiązania prawne. A prawo jest dziurawe - nie pozostawia złudzeń Wróblewski. - Przy tak dużej grupie ludzi, trzeba byłoby wysłać na jarmark kordony policji, by pilnowały wszystkich wejść. Tłum nadciąga tam z każdej strony - zauważa.
A policja rozkłada ręce. - Idealną byłaby sytuacja, gdyby wszyscy czuli się współodpowiedzialni za bezpieczeństwo swoje oraz innych - mówi asp. szt. Łukasz Dutkowiak, oficer prasowy Komendanda Miejskiego Policji we Wrocławiu. - Niestety, każdej doby funkcjonariusze podejmują czynności w związku z nieprzestrzeganiem obostrzeń. Kończą się one postępowaniem mandatowym, pouczeniami lub sporządzeniem wniosków o ukaranie do sądu. Na terenie otwartym, czyli tzw. świeżym powietrzu, zgodnie z obowiązującymi przepisami należy zachowywać dystans społeczny. Policjanci prowadząc codziennie kontrole i podejmując interwencje, zachęcają także mieszkańców do noszenia maseczek w miejscach, gdzie nie ma takiego obowiązku prawnego, bo chodzi o bezpieczeństwo nas wszystkich - dodaje.
Dlaczego jarmark na Rynku nie jest traktowany przez policję jak impreza lub zgromadzenie - gdzie obowiązuje limit 100 niezaszczepionych uczestników? Dutkowiak na to pytanie nie odpowiada.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze