Reklama

34. PKO Wrocław Maraton okiem uczestnika

13/09/2016 01:11

Jak to jest z tym maratonem? Większości mieszkańców Wrocławia kojarzy się z ogromnymi korkami i komunikacyjnym paraliżem miasta. Z drugiej strony wygląda to trochę inaczej. Słowami, które świetnie oddają istotę biegu na królewskim dystansie, są te przypisywane legendarnemu czeskiemu biegaczowi, Emilowi Zatopkowi: "Jeśli chcesz coś wygrać, wystartuj w biegu na 100 metrów, jeśli chcesz czegoś doświadczyć, przebiegnij maraton".

Długie tygodnie treningów, testy sprzętu, sprawdzanie trasy - pewnie mnóstwo biegaczy było dobrze przygotowanych do startu we wrześniowym maratonie we Wrocławiu. Wielu chciało pobić swoje rekordy życiowe. Mało kto jednak przypuszczał, że pod koniec kalendarzowego lata będzie gorąco. Aż tak gorąco. W szczytowym momencie termometry wskazywały 34 stopnie Celsjusza, a dyrektor 34. PKO Wrocław Maratonu Wojciech Gęstwa stwierdził, że były to najtrudniejsze warunki w historii wrocławskiego maratonu. I właśnie na ten dzień przypadł mój debiut w biegu na 42 kilometry i 195 metrów.


ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z 34. PKO WROCŁAW MARATON

Maraton sam w sobie jest sporym wyzwaniem fizycznym, ale przede wszystkim testem charakteru, już od pierwszych metrów. Na głowę wkładasz sobie bagaż świadomości tego, że chcesz pokonać ponad 40 kilometrów biegiem i tylko od ciebie zależy, jak bardzo będzie ci on ciążył. Jeśli widzisz oznaczenie np. piątego kilometra i pierwszą myślą jest pozytywne "o, już pięć za mną", to dasz radę. Gorzej, jeśli szybko kalkulujesz i wychodzi "jeszcze 37 przede mną", wtedy może być naprawdę ciężko. Z racji tego, że mam już pewne doświadczenie w półmaratonach (dystans 21,0975 km), mniej więcej do 20-22 kilometra było naprawdę sympatycznie. Owszem, narastająca temperatura dawała się we znaki, ale mimo tego dziarsko biegłem przed siebie, zastanawiając się trochę co jest takiego strasznego w tym całym maratonie. Pozdrawiałem kibiców, przybijałem piątki tym młodszym, atmosfera naprawdę bardzo miła. Wszystko wskazywało na to, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, ale największe "atrakcje" były jeszcze przede mną.

Pierwsze problemy, bardzo bolesne, pojawiły się przy Stadionie Wrocław (25 km). Ból łydek był nie do zniesienia, dla mnie tym bardziej dziwny, bo nigdy wcześniej się nie przydarzył i po prostu się go nie spodziewałem. Sądziłem, że jeśli coś mi zacznie dokuczać, to prędzej kolana, kostki, stopy. Pierwsza myśl - nie dam rady, kończę bieg i schodzę z trasy. Jednak bardziej była to luźna propozycja zmęczonej głowy, raczej ciężka do realizacji. Nad jej sensem zastanowiłem się chwilę potem, kiedy na ulicy Pilczyckiej co kilkaset metrów widziałem mdlejących biegaczy, z trudem łapiących kontakt z rzeczywistością. Przecież oni też zakładali pokonanie maratonu, nikt nie sądził, że warunki będą tak trudne i może zakończyć niedzielne bieganie na chodniku w asyście ratowników z karetki.

Słońce prażyło niemiłosiernie (dzięki czemu mogę pochwalić się piękną opalenizną), a ja z trudem pokonując ból zastanawiałem się nad sensem dalszej kariery biegowej. Z rozważań wyrwał mnie zimny prysznic kurtyny wodnej na ulicy Łowieckiej (32-33 km), obsługiwanej przez strażaków, który dodał mi energii i sił do dalszej walki. Poczułem, że już najgorsze za mną, że już tyle przebiegłem, jeszcze chwila i koniec. Przysiągłbym, że nawet łydki na moment odpuściły. Niestety, chwilę później moment nieuwagi kosztował mnie upadek. Wówczas do bólu mieśni doszedł też ból kostki, która nienaturalnie wygięła się chwilę przed przewróceniem się. Wola ukończenia biegu była silniejsza i wiedziałem już, że się nie poddam. Może nie w zawrotnym tempie, ale pokonałem ostatnie kilometry i na mecie zameldowałem się po 4 godzinach, 57 minutach i 20 sekundach po rozpoczęciu biegu. Czas daleki od dobrego, ale po takiej walce z temperaturą, przeciwnościami losu i samym sobą, pamiątkowy medal z Halą Stulecia był dla mnie niczym złoto na igrzyskach.

Reklama


Trzeba podkreślić, że organizatorzy świetnie wywiązali się ze swojego zadania. Punkty z wodą były ustawione co 2,5 kilometra, częściej niż zwykle to bywa na maratonach, ale przy takiej temperaturze było to niezbędne. Choć faktycznie w wielu miejscach w mieście tworzyły się korki, to policjanci kierujący ruchem starali się w miarę możliwości przepuszczać samochody między biegaczami. Oczywiście, nie wszystkim takie rozwiązanie odpowiadało, przykładowo jeden z kierowców krzycząc wyrażał swoje niezadowolenie, bo "w niedzielę to się siedzi w domu". Zabawne, że wykrzykiwał to z samochodu, a nie z okna swojego mieszkania.


ZOBACZ PROGRAM DZIĘKUJĘ, NIE SŁODZĘ Z WOJCIECHEM GĘSTWĄ

Maraton to nie tylko bieg, to ogromne wyzwanie. I choć na mecie miałem serdecznie dosyć nie tylko biegania, ale jakiejkolwiek aktywności fizycznej w najbliższej przyszłości, to już teraz wiem, że to nie był mój ostatni maraton. Gorąco zachęcam do spróbowania swoich sił na tym dystansie.

Reklama

Więcej o moich biegowych przygodach - nie tylko we Wrocławiu - możecie przeczytać na moim FANPAGE"U - WOLNE BIEGANIE oraz BLOGU WOLNE BIEGANIE


Paweł Prochowski

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo tuWroclaw.com




Reklama
Najnowsze wiadomości