Reklama

Dlaczego były wiceprezydent Wrocławia musiał „zginąć”? I kto kolejny na liście

05/09/2024 18:57

W polityce jak w serialu, nigdy nie możesz czuć się zbyt pewnie, ponieważ zemsta scenarzysty potrafi być okrutna. Bartłomiej C., który w dziwnych okolicznościach został wiceprezydentem Wrocławia, a jeszcze bardziej niespodziewanie wiceministrem sprawiedliwości, został skreślony z obsady z powodu  521 złotych i 51 groszy. Kto następny? Jest kilka wskazań, a przegrany lider dolnośląskiej PO na wszelki wypadek schował się w bastionie PiS, czyli w podwrocławskiej Miękini.

Te wakacje nie mogły być spokojne. Po pierwsze dlatego, że wybory samorządowe swój finał miały pod koniec kwietnia, więc ich efekty poznawaliśmy w maju i czerwcu. A po drugie, opadł kurz bitewny  po batalii parlamentarnej i premier Donald Tusk może coraz śmielej pokazywać swoim przystawkom, po co one mu są i jaka ich rola.


Z wrocławskiego punktu widzenia najgłośniej było ostatnio o Bartłomieju C. z Lewicy, który dość niespodziewanie na początku 2023 roku został wiceprezydentem Wrocławia. Wcześniej wydawało się, że bycie doradcą prezydenta „do spraw niepotrzebnych” to szczyt jego politycznych możliwości, a tu taka niespodzianka. No cóż, wtedy trzy głosy lewicowych radnych miały kolosalne znaczenie dla rządów Jacka Sutryka, więc stąd ten awans.

Reklama

W ostatnich wyborach do rady miejskiej lider wrocławskiej Lewicy ledwie uzyskał ponad dwa tysiące głosów, choć startował z listy firmowanej przez Jacka Sutryka, ale jednak ponownie dostał mandat. Funkcji wiceprezydenta już nie. Na chwilę wylądował w rządowej instytucji Sieć Badawcza Łukasiewicz. Co to za twór? Zdaniem wielu niepotrzebny jak owo stanowisko doradcy prezydenta, ale nie miejsce i czas by nim się zajmować. Ważne, że to kolejne lądowisko dla politycznych nominatów.


W ostateczności, w wyniku kolejnych zmian, Bartłomiej C. został wiceministrem sprawiedliwości. Nie dlatego, że prawnik, ale dlatego, że z Lewicy. To efekt koalicyjnego podziału zdobyczy. Ale nie na długo podziałał w resorcie Adama Bodnara. Nagle okazało się, że pracując w rządzie pojechał służbowym autem, którego jeszcze nie oddał poprzedniemu pracodawcy, i zatankował posługując się służbową kartą. I zrobiło się wielkie halo. Oczywiście jakże słuszne i wielu wie, że jestem jedną z ostatnich osób, które będą broniły byłego wiceprezydenta Wrocławia. Proszę jednak zwrócić uwagę na kilka szczegółów. Gdy sprawę nagłaśniano, nikt nie podawał, że Sieć to instytucja podległa rządowi Donalda Tuska, tylko Lewicy. Minister nauki jest z tej partii. Bardzo pilnowano takiego przekazu. Może dlatego, że już od jakiegoś czasu liderzy PO wysyłali sygnały ostrzegawcze w stronę swego koalicjanta, który chwilami stawał się męcząco niesforny. A ponieważ znalazła się postać, która nie mogła zrozumieć, tu ze świata seriali przenosimy się do filmu, że jest bardziej predystynowana do roli Fredo Corleone, a nie consigliere lub caporegime, więc można było ją bezproblemowo „odstrzelić” w ramach temperowania przystawki. Pomijając także inne „dokonania” działacza wrocławskiej lewicy postkomunistycznej, to proszę zwrócić uwagę  czym zajęła się prokuratura - przekroczenie „uprawnień przez Bartłomieja C. (…) w celu osiągnięcia korzyści majątkowej  i doprowadzenia do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w kwocie co najmniej 521,51 złotych Sieci Badawczej Łukasiewicz (…) poprzez wprowadzenie w błąd, co do faktu wykorzystywania samochodu służbowego oraz przypisanej do tego pojazdu karty flotowej”.

Reklama

521 złotych i 51 groszy – tylko Fredo mógł się tak podłożyć. Bo mało który użytkownik służbowego auta nie ma na sumieniu takiego nadużycia. Ale koalicjantowi to wystarczyło, by zrobić z tego „Watergate”. Choć podkreślam wyraźnie, oczywiście jakże słusznie.


Kto następny? Idąc linią partyjną niewykluczone, że ten, który z ramienia Lewicy został w tej kadencji wiceprezydentem - Ryszard Kessler. Nic nie ujmując panu doktorowi nauk politycznych, to odnoszę wrażenie, że czuje się on zagubiony na swoim urzędzie niczym John Travolta na słynnym memie zaczerpniętym z „Pulp fiction”. Ale pożyjemy zobaczymy, czyli przede wszystkim czy prezydentowi Jackowi Sutrykowi Lewica będzie jeszcze do czegoś potrzebna. W tej chwili prezydent ma poparcie 23-osobowego klubu KO. Nawet jeśli z niego ubędzie (czytaj: zostaną wyrzuceni), a na to się zanosi, trzech, czterech radnych, to nadal będzie miał stabilną większość. Poza tym, z pięcioosobowego obecnie klubu Lewicy da się na pewno kogoś wyciągnąć i nawet wiem kogo, ale teraz tego Państwu nie ogłoszę.

Reklama

Poza tym, nie czarujmy się, Lewica, zwłaszcza ta postkomunistyczna, to partia bez solidnego programu i nie ma propozycji, których by już inni mieli. A jej dawny elektorat, delikatnie mówiąc, topnieje i nie da się uzyskać poparcia walcząc o godziwe emerytury dla dawnych esbseków czy świętując kolejne urodziny Edwarda Gierka.


Żeby nie piętrzyć listy „do odstrzału”, warto jeszcze zatrzymać się przy jednej postaci. Największym przegranym wyborów samorządowych w naszym regionie czyli pośle Michale Jarosie, liderze PO na Dolnym Śląsku. Sromotnie przegrał batalię o fotel prezydenta Wrocławia, a właściwie tylko eliminacje do tych wyborów. A potem nokaut przy ubieganiu się o stanowisko marszałka Dolnego Śląska. Jego przyboczni już chodzili po gabinetach urzędu przymierzając się do foteli, a gdy doszło do głosowania, to poparło go 12 z 35 radnych. KO miała wtedy w tym gremium 15 samorządowców… Pobity Jaros zniknął ze sceny na długie tygodnie, a ostatnio ogłosił : „zawiodły mnie niektóre osoby z mojej własnej partii i do nich zaufania nie będę miał na pewno”.

Reklama

No niemożliwe… Gdyby mnie Pan spytał w maju, to bym Panu już wtedy to samo powiedział. Zresztą nie tylko ja. I wcale nie potrzeba do tego zdolności profetycznych. Ale ta spóźniona refleksja wiele tłumaczy dlaczego stało się jak się stało.


Michał Jaros kilka lat temu musiał już uciekać z PO, jak podpadł Grzegorzowi „zemszczę się” Schetynie, ale szybko wrócił.


Czyżby jeszcze wierzył, że jest mitologicznym feniksem, który ustawicznie będzie się odradzał z popiołu? Po pierwsze, koledzy nie pozwolą. Z jakiegoś powodu nie wybrali posła na marszałka. Po drugie, jak twierdził Gaius Plinius Secundus na świecie miał być tylko jeden feniks. I w Platformie to jest Donald Tusk lub Grzegorz Schetyna – tu opinie są podzielone a Pliniusza już nie spytamy…

Reklama

W każdym razie do niedawna twierdzono, że w PO szybko, już jesienią, dojdzie do zmian władz w regionie, ale teraz już coraz rzadziej wspomina się o tym pośpiechu. Niektórzy twierdzą, że trzeba poczekać do przyszłorocznych wyborów prezydenta RP. A w tym czasie poseł Jaros dostanie jakieś zadanie - może wiceminister, może przy kampanii wyborczej, bo w tym drugim działaniu się sprawdza. Trochę nie wierzę w cierpliwość działaczy Platformy, ale wykluczyć nie można.


Jaros postanowił przeczekać trudny czas i coraz częściej widziany jest w podwrocławskiej gminie Miękinia. Gdy przez laty PO była u władzy, Jaros był dość mocno adorowany przez tamtejszego wójta Jana Mariana Grzegorczyna, ale gdy PiS zdobył władzę wójt szybko zmienił obiekt adoracji i w gminie prawie codziennie bywał już poseł Paweł Hreniak z partii Jarosława Kaczyńskiego. Grzegorczyn na siłę szukał kontaktu z innymi notablami Zjednoczonej Prawicy i kogo mógł błagał o kontakt z najważniejszymi urzędnikami tej formacji, a potem z wielką radością ich gościł przez kilka ostatnich lat. Nawet sobie wyjednał w kręgach premiera Mateusz Morwieckiego, by jego Miękinia została miastem, a on burmistrzem. Choć w gminie nadal cuchnie jak w Paryżu za Ludwika XIV, bo o kanalizacji niewielu tam słyszało, to pan Jan Marian bürgermeister pełną gębą. Niektórzy z powodu tej wielkiej miłości do formacji Jarosława Kaczyńskiego nawet nazywali go PiS-Marianem.  Tylko Jaros powtarzał: tego Hreniaka to mu nie wybaczę…

Reklama

I przyszedł dzień 15 października 2023 roku… Otoczenie wójto-burmistrza dwaj czyścić media społecznościowe, na których Grzegorczyn widniał z politykami PiS, portret prezesa Jarosława szybko zniesiono do piwnicy. Mądrze, po co niszczyć. Może się jeszcze przyda… Podobno postawiono obok portretu Lenina, bo jak twierdzą najstarsi obserwatorzy aktywności Grzegorczyna na początku to i takie sympatie przejawiał. Teraz natomiast wiceburmistrzem szybko, ledwo radni zauważyli, mianowano aktywistę z PO. Żeby nie żył w biedzie dostał jeszcze miejsce w radzie nadzorczej. Dochodzą mnie słuchy, że nie tylko jeden działacz platformiany tam się pojawi lub może już pojawił…  No i Jaros wybaczył.


Boże, jak na tych wakacjach w podwrocławskiej gminie romantycznie się zrobiło, choć po rowach płynie co płynęło. Jak w jakimś „Panu Tadeuszu”:

Reklama

„Tak, tak, mój Protazeńku“ - rzekł klucznik Gerwazy.
„Tak, tak, mój Gerwazeńku“ - rzekł woźny Protazy.
„Tak to, tak!“ - powtórzyli zgodnie kilka razy.


Ale co najważniejsze ciąg dalszy na pewno nastąpi. Nie tylko w Miękini.


Tylko obawiam się, że po wakacjach to już będzie bardziej „Hajże na Sopliców!“ niż ponowne „Kochajmy się!”.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo tuWroclaw.com




Reklama
Najnowsze wiadomości