Z dnia na dzień rzucił pracę na poczcie, by być we wrocławskim zoo. Na drodze do opieki nad zwierzętami stanęła mu wcześniej absurdalna przeszkoda: jego własny dyplom. Ówczesna dyrekcja ogrodu wyznawała zasadę, że magister zootechniki nadaje się wyłącznie na stanowisko kierownicze za biurkiem. Tymczasem pan Andrzej chciał po prostu być blisko natury. Dziś ma na swoim koncie odchowanie 50 zwierzęcych sierot.
Andrzej Miozga od dziecka wiedział, co chce robić. Pochodzi ze Świdnicy, ale każdy wolny weekend wolał spędzać we Wrocławiu. – To nie było raz na pół roku. Jeździliśmy z rodzicami kilka razy w miesiącu. Najpierw musiałem się „nasycić” zoo, a dopiero potem mogliśmy iść na Rynek – wspomina.
Droga do wymarzonego etatu była jednak wyboista. Pan Andrzej skończył zootechnikę, uzyskując tytuł magistra, co… niemal zamknęło mu drogę do pracy bezpośrednio przy zwierzętach. Ówcześni dyrektorzy, państwo Gucwińscy, mieli specyficzne podejście: osoba z wyższym wykształceniem miała być kierownikiem i siedzieć za biurkiem.
Zdesperowany szukał szczęścia w Opolu, gdzie dyplom nie stanowił żadnego problemu. O jego losie zadecydował jednak prozaiczny powód – pociąg. – Brakło mi dosłownie kwadransa. Wpadłem spóźniony 15 minut. Tłumaczyłem, że mogę w zamian zostawać w pracy godzinę dłużej, ale byli nieugięci. Przez te 15 minut nie dostałem w Opolu pracy – opowiada. Wrócił więc do walki o Wrocław. Przez lata pisał listy, pracował jako ochroniarz i listonosz, aż wreszcie los się uśmiechnął. – W piątek roznosiłem jeszcze listy, a w poniedziałek byłem już w zoo – wspomina.
Praca opiekuna to ciągłe zderzanie się z naturą, która w niczym nie przypomina ludzkiego macierzyństwa. Jak tłumaczy pan Andrzej, samice na wolności rzadko dają drugą szansę. Jeśli wyczują u swojego młodego upośledzenie lub słabość, po prostu je odrzucają.
– W naturze samicy po prostu szkoda czasu i energii na „słabeusza”, który i tak ma małe szanse na przetrwanie. To zupełnie inne podejście niż u ludzi, którzy walczą o dziecko do końca. Mieliśmy na przykład młodego nietoperza, który odpadł od matki. Choć próbowaliśmy go jej z powrotem podwieszać, ona już go nie chciała, spisała go na straty – wyjaśnia opiekun.
Swoją przygodę z ratowaniem takich odrzuconych maluchów zaczął przypadkiem. Pierwszym sukcesem był mały lemur wari czarno-biały. Agresywna matka nie chciała się nim zająć. – Odchowanie to karmienie, ale też masowanie brzuszka i podcieranie pupki, dokładnie jak u niemowlaka – wyjaśnia. Lemur nie tylko przeżył, ale świetnie zintegrował się z resztą stada.
Potem przyszły kolejne wyzwania. Opiekował się osieroconą wydrą, którą uczył… pływać. – Zimnowodny ssak nie umie od razu pływać. Budowaliśmy schodki, podesty, to trochę trwało – wspomina. Prawdziwym poligonem doświadczalnym była jednak grupa siedmiu likaonów. – Najgorzej jest z karmieniem. Masz dwie ręce i dwie butelki, a szczeniaków jest siedem. Jak jeden się obudzi, to zaraz wszystkie naraz krzyczą o jedzenie.
Ostatnim wielkim wyzwaniem opiekuna był mrównik, którym zajmował się przez pięć miesięcy. To specyficzne zwierzęta – dorosłe osobniki ważą nawet 80 kg i potrafią być bardzo niezdarne. – Jak mrównik chce się uwalić do spania, to nie patrzy na nic. Matka potrafi przypadkiem zadusić młode – tłumaczy pan Andrzej. Dlatego, gdy maluch osiągnął 30 kg, dopiero wtedy został dopuszczony do reszty.
W takich momentach akademicka wiedza często zawodzi. Pan Andrzej przyznaje, że niczego nie wyczytałby z podręcznika, gdy jego podopieczny przez 9 dni nie mógł się załatwić. – Ile można czekać? U dziecka idziesz po dwóch dniach do lekarza. Musiałem bazować na własnych notatkach i doświadczeniu – mówi. Dziś mrównik jest już samodzielny.
Praca opiekuna to nie tylko ekscytacja, ale przede wszystkim ogromny stres i niepewność. Najtrudniejszy jest moment, w którym trzeba „przeciąć pępowinę”. Jeśli opiekun zostanie z maluchem zbyt długo, zwierzę dostanie choroby sierocej i nigdy nie wróci do stada.
Andrzej nie zgadza się z opinią, że zwierzęta odchowane przez człowieka zawsze będą odstawać od reszty. Największą nagrodą jest dla niego widok podopiecznych, którzy zakładają własne rodziny. – Moje lemury zintegrowały się z grupą i same urodziły młode – opowiada.
Choć nigdy nie spełnił marzenia o wyprawie na Madagaskar, wcale nie czuje żalu. Patrząc na swoje lemury, mówi krótko: – Jestem cały czas na Madagaskarze.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze