W klubie KO wrze. Radni skarżą się, że wszystkie prace są praktycznie sparaliżowane, bo za każdym razem, gdy trzeba podjąć jakąś decyzję niektórzy odkładają jej podjęcie, „bo trzeba spytać Michała”. Poza tym, różnymi metodami podejmowane są próby nakłaniania do posłuszeństwa liderowi. Samorządowcy obawiają się, że najgorsze zacznie się, gdy w tym tygodniu w ratuszu pojawią się nowi wiceprezydenci wskazani przez Michała Jarosa i Grzegorza Schetyny. Wspomnianej dwójce polityków natomiast chyba nie udało się wymusić na marszałku zmiany składu zarządu województwa.
- Wczoraj wziąłem udział w sesji Rady Miejskiej Wrocławia. Samorząd to fundament Koalicji Obywatelskiej. Wrocław potrzebuje polityki odpowiedzialnej, europejskiej i obywatelskiej. Takiej polityki jestem i będę orędownikiem - zapisał w ubiegłym tygodniu Sebastian Lorenc, radny KO, który od ostatnich wyborów partyjnych jest wiceprzewodniczącym wrocławskich struktur Koalicji, a w przedniej kadencji był wiceprezydentem Wrocławia.
- Lorenc i Igor Wójcik od jakiegoś czasu toczą mało elegancką walkę o to, kto może zostać przewodniczącym Rady Miejskiej - przekazuje nam jeden z radnych KO. - Czasami to wygląda nawet śmiesznie, choć jak wszyscy wiemy Sebastian od kiedy był w ratuszu jest mistrzem wywyższania się i pouczania innych, bo był prawie prezydentem i wie więcej. A czasami wygląda to nawet niebezpiecznie, bo lont miewa krótki i wybucha często.
O tym było wiadomo już wcześniej. Na przykład po debacie, w ubiegłym roku w telewizji Echo 24, miał obrażać architekta, który brał udział w dyskusji, a ponadto miał mu też grozić i fizycznie napierać. Potwierdził to też inny uczestnik debaty radny Piotr Uhle. Uhle dodał też wówczas: „Od jakiegoś czasu coś niedobrego dzieje się z Sebastianem Lorencem. W sposób bardzo arogancki traktuje mieszkańców na posiedzeniach komisji, do tego stopnia, że jako radni musieliśmy mieszkańców przepraszać za jego zachowanie”.
Problem w tym, że obecny spór Lorenca z Wójcikiem może być bezprzedmiotowy, bo radni z ich klubu uważają, że może się nie udać odwołać obecnej przewodniczącej Agnieszki Rybczak. Jeszcze niedawno groziła jej nawet utrata mandatu. Badano bowiem, czy jest mieszkanką Wrocławia. A to warunek by być radną miejską. Jednak Komisja Statutowa Rady Miejskiej Wrocławia nie znalazła podstaw do wygaszenia mandatu przewodniczącej. Ustalono, że jest zameldowana i zarejestrowana w rejestrze wyborców w gminie miejskiej Wrocław.
- Teraz wydaje się, że nasz klub choć największy nie przegłosuje wniosku o zmianę przewodniczącej, ale wszystko się zmienia - tłumaczy nam inny radny KO. - Pracujemy w totalnym chaosie. Niczego nie możemy ustalić, ponieważ najbliżsi współpracownicy Michała Jarosa, który ostatnio został szefem miejskich i regionalnych struktur Koalicji, co rusz wstrzymują prace, bo muszą „spytać się Michała”. Poza tym, część koleżanek i kolegów, którzy byli przeciw Jarosowi słyszy, że ich najbliżsi mogą stracić pracę, gdy zatrudnieni są w firmach państwowych lub samorządowych. Chyba że… A „biuro karier” dopiero ruszy, gdy zaczną pracę wiceprezydenci Mateusz Żak i Grzegorz Roman, których jak wiadomo wskazali Jaros i Grzegorz Schetyna.
Przypomnijmy, że Roman i Żak zastąpią w ratuszu Renatę Granowską i Michała Młyńczaka.
Czy dojdzie do rozłamu w klubie? – Raczej nie, nikomu to się teraz nie opłaca, choćby wizerunkowo, ale ludzie, którzy są w nim, a nie należą do partii już słyszą, że nie mają szans, by ponownie znaleźć się na listach wyborczych. To taki kolejny element „przekonywania” do wstąpienia na właściwą drogę – uważa nasz rozmówca.
Nieco spokojniej jest natomiast w klubie KO w Sejmiku Województwa Dolnośląskiego. Radni tego ugrupowania pod koniec kwietnia zawnioskowali o trzytygodniową przerwę w obradach sesji, podczas której miało być głosowane absolutorium votum zaufania dla marszałka Pawła Gancarz i zarządu województwa. Ich liderzy – Jaros i Schetyna – chcieli mieć czas by nakłonić marszałka do zmian w składzie zarządu, w którym jest dwóch działaczy tej partii. Chcieli mieć trzeciego przedstawiciela, a dodatkowo jednego, już obecnie zasiadającego w tym ciele, wymienić na swojego człowieka. A Paweł Gancarz, na żadną z tych propozycji nie chciał przystać. I prawdopodobnie przez trzy tygodnie nic się nie zmieniło, choć politycy do negocjacji zaangażowali krajowe kierownictwa swich partii. PSL, do którego należy Gancarz, miało stwierdzić, że jeśli dojdzie do zmian na Dolnym Śląsku, to oni zażądają zmian w innych regonach. Działacze KO lekko się przestraszyli, że wpłynie to na destabilizację krajowej koalicji rządzącej i nakazali zakończyć harce Michałowie Jarosowi.
Czy tak faktycznie się stało, przekonamy się już w środę 20 maja.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze