Platforma Obywatelska od 2011 roku nie może pokonać PiS-u w wyborach parlamentarnych czy prezydenckich. - Surowe lekcje są najdroższe. Tym bardziej nie wolno ich zmarnować - zakomunikował po ostatniej porażce Bogdan Zdrojewski. Odnoszę wrażenie, że szeregowy Józef Szwejk prędzej zrobiłby doktorat z fizyki niż PO zaliczy wreszcie tę podstawówkę z demokracji. Przecież już widać jak ponownie marnują. Z refleksji wielbicieli obozu tuskowego, po niedzielnym poniżeniu, najbardziej podoba mi się propozycja rozbicia dzielnicowego w Polsce. Tylko, że w PiS, które wcale nie w komplecie marzyło o wygranej Karola Nawrockiego, też nie ma drugiego Łokietka.
Zapewne usłyszeli Państwo tysiące opinii o przyczynach porażki Rafała Trzaskowskiego i wygranej Karola Nawrockiego. Nie spieszę się za bardzo z kolejną diagnozą, ale może opinie o tych opiniach?
Na początek jednak o tym, jak kilka sekund po godzinie 21 w niedzielę cały naród zobaczył, dlaczego Rafał Trzaskowski nie nadaje się na prezydenta RP, ani na żadnego poważanego polityka. Podobno w tej dwójce finalistów był postacią z o wiele większym doświadczeniem politycznym, który odnajdzie się w każdej sytuacji. Że nie wspomnę o biegłej znajomości kilku języków obcych, dzięki której mógłby pracować na kilku etatach w każdej szkole. Otóż ów wyważony mąż stanu, gdy tylko zobaczył pierwsze wyniki sondażu exit poll, które dawały mu przewagę 0,6 procenta na konkurentem, eksplodował z radości. Mnie natomiast ze zdziwienia zaparowały nie tylko okulary, ale i tęczówki - sześć dziesiątych procenta, gdy błąd statystyczny to dwa procenty! A ten dawaj, dziękował wszystkim, zaczął skandować na cześć pierwszej damy, znaczy swej małżonki… Nawet Donald Tusk, stojący trochę z boku, zaczął patrzeć na popieranego przez siebie kandydata lekko podejrzliwie. Nie wiem, może nawet pomyślał, że trzeba było jednak namówić Trzaskowskiego na te testy, co to proponował Karol Nawrocki. Moja rozbiegana wyobraźnia natomiast narysowała mi taki obraz. Prezydent RP Rafał Trzaskowski podpisuje w Pałacu Prezydenckim jakieś ważne międzynarodowe porozumienie. I gdy już druga strona odłoży pióro, ten wybiega na Krakowskie Przedmieście wrzeszcząc: Mamy to! Ja pier…! Mega, mega, mega! Zaje…! I wskakuje na pomnik księcia Józefa Poniatowskiego, by wzmocnić swój energetyczny przekaz.
Niemożliwe? A jak doświadczony polityk, który startował już w niejednych wyborach mógł tak zareagować na taką przewagę? Nawet tylko lekko obyci działacze kwitują na ogół takie dane lekkim uśmiechem racjonalnie tłumacząc: poczekajmy na ostateczny wynik.
W każdym razie, gdy się pojawił w poniedziałkowy poranek tym razem wybuchł Internet. W mediach społecznościowych wulgaryzmów było jeszcze więcej niż zazwyczaj. Dostało się oczywiście zwłaszcza wyborcom Karola Nawrockiego, których tradycyjnie obraz jawił się jako jednokomórkowych jaskiniowców. Z bardziej wyważonych opinii uwagę przykuła taka refleksja: „Trudno, nie ma innego wyjścia, trzeba Polskę podzielić”.
Jako wielbiciel historii, tylko dla porządku przypomnę, że już takie przypadki mieliśmy. Z tych najważniejszych to wydarzenie z 1138 roku, gdy Bolesław Krzywousty nie chciał by mu się rodzina pokłóciła, więc działkę pod nazwą Polska rozparcelował między synów. Posklejał ją dopiero 200 lat później Władysław Łokietek. A drugi raz, to oczywiście od 1772 roku, kiedy to inni sobie nas podzielili między siebie, czego delikatne skutki tak naprawdę odczuwamy jeszcze do dziś. Zapewne trochę te pozaborowe nadal gdzieś pobrzmiewają także podczas każdych wyborów.
O poranku na wyniki zareagował także mistrz szybkiej reakcji Bogdan Zdrojewski. Były prezydent Wrocławia, który dość aktywnie udzielał się kampanijnie w mediach społecznościowych, skwitował: „Surowe lekcje są najdroższe. Tym bardziej nie wolno ich zmarnować”.
W tym momencie przypomniało mi się, jak kilka tygodni temu byłem na koncercie zespołu Kult, który w zwyczaju ma wyświetlanie różnych filmików podczas występów. Jeden z nich poświęcony był słynnej nocy, podczas której w 1992 roku odwołano rząd Jana Olszewskiego. Widać na nim uczestników tego wydarzenia, w tym Donalda Tuska. Lider Kultu, Kazik Staszewski, dosadnie skomentował odtwarzany obraz: Patrzcie, k…, ci co przeżyli to nadal przy korycie”.
Także jak widać, panie europośle, ta lekcja już trochę trwa. Rzekłbym, że podejrzanie pachnie brakiem predyspozycji do przyswajania wiedzy.
Punkt pierwszy tej nauki, zapisany we wszystkich encyklopediach i słownikach, brzmi:
„Według minimalistycznej teorii demokracji (zakładającej wyłącznie typ przedstawicielski, bez elementów udziału bezpośredniego obywateli) demokracja to system rządów i forma sprawowania władzy, w których źródło władzy stanowi wola większości obywateli”.
Czyli demokracja jest nie tylko wtedy, gdy wygrywa PO.
A jak tę lekcję zrozumieli ludzie związani z tą partią? Jedna z podwrocławskich posłanek tak skomentowała wynik wyborów: „PiS =drożyzna”. I nie wiem, czy aby było to bardziej błyskotliwe wystąpienie niż to, gdy inny muzyk - Krzysztof Skiba - zdjął spodnie przed ówczesnym premierem Jerzym Buzkiem i pokazał co ma poniżej pleców.
W innym miejscu można było przeczytać taką konstatację: „Jaka koalicja, taki wynik wyborów. Przestańmy udawać, że nie przegraliśmy przez Biejat i Hołownię. Krytykowali Trzaskowskiego na każdym kroku, atakowali Tuska, szantażowali wyjściem z koalicji, nie godzili się na rządowe ustawy, grali tylko na siebie. Pożyteczni idioci PiS!”. Myślenie to nie jest odosobnione wśród działaczy Platformy, czego najlepszym dowodem słowa Aldony Młyńczak, wieloletniej działaczki i byłej posłanki PO z Wrocławia: „Oj, bardzo pożyteczni”.
W PO po prostu nadal brakuje tej refleksji, że od momentu, gdy czarną robotę przestał wykonywać dla niej Grzegorz Schetyna, co by nie myśleć o tym polityku, to Donald Tusk i spółka nie mogą pokonać PiS-u. Więcej, wielu w tej partii już wyparło, że ostatnie wybory parlamentarne też przegrali z ludźmi Kaczyńskiego, a są u władzy tylko i wyłącznie dzięki „pożytecznym idiotom”.
Sam lider, który przez wiele godzin nie miał siły wykrztusić ani słowa nagle Polakom objawił się w telewizji niczym tytułowy bohater z lekko surrealistycznego dramatu „Ubu Król, czyli Polacy” Alfreda Jarry’ego.
Nadąsany Donald Tusk dość krótko przemawiał, a ja miałem wrażenie, że słyszę wystąpienie właśnie Ubu, który w towarzystwie swej małżonki Ubicy zakomunikował poddanym w akcie III: „Mam zaszczyt oznajmić wam, że, dla wzbogacenia królestwa, postanowiłem zgładzić wszystką szlachtę i zabrać jej dobra”.
Donald Tusk też jeszcze dodał, że jeśli nowy prezydent nie będzie chciał współpracować, to rząd ma inny pomysł jak to wszystko zrealizować.
Przyznam, że w prawie biegły nie jestem. Ale czy mi się wydaje, że w Konstytucji czy innych ustawach nie ma zapisane, że „prezydent ma współpracować”? Zwłaszcza z Donaldem Tuskiem. Każdy organ władzy jest trochę po coś innego. Jak premierowi się to nie podoba, to polecam zmiany ustrojowe. Bo owszem, przyznaję, też uważam, że nie wszystko mamy dobrze poukładane, ale tym powinni chyba zająć się politycy. A nie wymagać posłuszeństwa od DEMOKRATYCZNIE wybranego prezydenta.
Co teraz wydarzy się w Platformie na Dolnym Śląsku? Najpierw musimy chyba poczekać, czy zapowiadaną rekonstrukcję w rządzie przetrwa lider PO w regionie Michał Jaros. Bo trudno sobie wyobrazić, by poniósł jakieś konsekwencje tylko za nieudaną kampanię Rafała Trzaskowskiego. Na Dolnym Śląsku przecież wygrał… Poza tym, gdyby Tusk chciał robić rozliczenia w partii, to szybko by mu przekazano, że powinien zacząć od siebie, więc nie zaryzykuje. Jeśli Jarosowi uda się przetrwać w rządzie, to przede wszystkim zajmie się postawieniem przed sądem partyjnym wiceprezydent Renatę Granowską. Chciał to zrobić już wcześniej, ale Ubu Król zażądał spokoju, więc Jaros cierpliwie poruszał się między Japonią a Siekierczynem, dokumentując jak wiesza banery Trzaskowskiego. Zwłaszcza w Siekierczynie i okolicach. Ale już otwarcie wskazywał kto jest jego celem numer jeden. Są też kolejne, ale tu hierachia jest dynamiczna, więc poczekajmy.
A co z prezydentem Jackiem Sutrykiem? Po pierwsze nawet jeśli uda się skutecznie usunąć Renatę Granowską, to przecież prezydent zarzekał się, że jej nie zwolni. Oczywiście nie będzie to takie proste, ponieważ jest umowa koalicyjna. Nie do końca wiadomo kto ją podpisał, bo jest w dwóch wersjach, ale obowiązuje. Obie strony. A ponieważ Michał Jaros, który jeszcze niedawno odgrażał się, że doprowadzi do referendum w sprawie odwołania prezydenta, we Wrocławiu ma za mało „wojska” i dość słabo zorganizowane. Było to widać podczas głosowania absolutorium dla prezydenta, więc chyba sobie odpuści starcie z Jackiem Sutrykiem.
Tylko, że tu tak naprawdę wiele będzie zależało od tego, co wydarzy się w centrali PO. Przecież prezydent Wrocławia był mocno związany z frakcją Rafała Trzaskowskiego. Krótko mówiąc, rozliczeń bezpośrednich nie będzie, ale spokoju też nie. Donald Tusk jakby się nie uśmiechał i nie udawał twardziela, to jest mocno poraniony. A Ubu Król też musiał uciekać, bo „dotąd czuję na czole więcej guzów niż wawrzynów”.
A co u drugiego Ubu? Niewątpliwie ma prawo czuć się zwycięzcą, ponieważ to już drugi prawie nieznany kandydat, wskazany przez Jarosława Kaczyńskiego, który został prezydentem.
Tylko, że w całym Prawie i Sprawiedliwość też niespecjalnie czuć radość zwycięstwa. Może dlatego, że wielu powoli szykowało się na czerwcowy kongres, na którym miano wybierać szefa. I gdyby Karol Nawrocki przegrał, to łatwiej byłoby wreszcie zaatakować Jarosława Kaczyńskiego. Na ten temat dość odważnie, jak na obyczaje w PiS, rozmawiano nawet w lokalnych strukturach. Nie wiem, czy Państwo zauważyli, ale owe lokalne struktury specjalnie nie angażowały się w kampanię. Ok, była taka koncepcja, by za bardzo z tym PiS-em nie obnosić się wokół „niezależnego” Nawrockiego, ale… We Wrocławiu i okolicach tak naprawdę było widać tylko aktywność Pawła Hreniaka, szefa tego regionu i jego najbliższych współpracowników. Ale już otoczenie przeciwnej frakcji - Michała Dworczyka i Mirosławy Stachowiak-Różeckiej – raczej schowało się i tylko od niechcenia czasami coś wrzuciło do mediów społecznościowych. Przy przegranej ich kandydata, mieliby przecież też haka na Hreniaka i wspierających go Elżbietę Witek i Annę Zalewską.
Co więcej, gdy Kaczyński próbuje podrażnić się z Tuskiem koncepcją rządu technicznego, którym miałby przejąć władzę od koalicji 15 października vel 13 grudnia, frakcja ta nadal przez swoich ludzi wypuszcza niusy o możliwej zmianie władzy w PiS. I przejęciu partii przez „młodych”.
Przed PiS na pewno duże wyzwanie, bo po raz pierwszy okazało się, że na prawicy jest inny silny gracz – Konfederacja i nieco słabszy Grzegorz Braun. A liczni twierdzą, że nowemu prezydentowi może być nawet bliżej do ludzi Sławomira Mentzen czy Krzysztofa Bosaka niż hermetycznego Kaczyńskiego. Prezes PiS, zaczepiony przez Mentzena w mediach społecznościowych, że może pogadać o rządzie technicznym, trochę własnymi słowami i w sposób kulturalny szybko odpowiedział, że takie spotkania przedstawiciele jego pokolenia trochę inaczej ustalają, a w ogóle „z gówniarzami nie gada”.
Inni więc zaczęli gadać. Może nawet za zgodą prezesa… W każdym razie chyba tym razem prawica trochę szybciej niż „obóz demokratyczny” zrozumiała na czym polega demokracja. Zwłaszcza, że prawica też gada z częścią tego „obozu”… Choć oczywiście nadal za bardzo nie wiadomo, kto to poskleja jak kiedyś Polskę wspomniany Władysław Łokietek.
A mówimy tu cały czas o demokracji, którą tak kiedyś scharakteryzował filozof i pierwszy prezydent Czechosłowacji Tomáš Garrigue Masaryk : „Wy wszyscy, każdy musimy wytrzymać opinie innego. Demokracja to dyskusja”.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze