Państwo wypłaca rodzicom ledwie 300 złotych na zakup szkolnej wyprawki. A same książki kosztują ponad tysiąc. Gdyby jeszcze szkoła potrafiła uczyć. Ale nie potrafi. Pełna jest przypadkowych pracowników, którzy kompletnie nie potrafią przekazać wiedzy. Trudno nawet nazwać ich nauczycielami. Do ceny wyprawki dochodzą więc koszty korepetycji. 100 - 150 złotych tygodniowo za każdy przedmiot. Oczywiście bez paragonu, bo kto by uczciwie płacił podatki - pisze do nas zrozpaczona pani Eliza z Wrocławia, matka trójki dzieci.
Oto cały list naszej Czytelniczki:
Zbliża się wrzesień, a wraz z nim powraca koszmar, który co roku spędza mi sen z powiek — szkolna wyprawka. Chciałabym opisać rzeczywistość, z którą mierzą się tysiące polskich rodzin. Rzeczywistość pełną lęku i bezsilności.
Mam dwie córki w liceum i syna w szkole podstawowej. Państwo daje nam po marne 300 złotych na wyprawkę szkolną dla każdego dziecka. Brzmi nieźle, prawda? Tyle że rzeczywistość jest zupełnie inna.
Same plecaki to już wydatek przekraczający całą dotację. Markowy plecak, który wytrzyma rok szkolnej eksploatacji, kosztuje około 300 złotych. Już tu kończy się państwowa pomoc. A przecież to dopiero początek listy wydatków.
Gdy widzę te ceny, czuję, jak serce podchodzi mi do gardła. Dziecko w podstawówce dostaje podręczniki od szkoły, ale w liceum to my, rodzice, musimy je kupić. Na same książki dla każdej z moich licealistek potrzeba około tysiąca złotych. Nie ma mowy o używanych podręcznikach, bo nauczyciele wymagają najnowszych wydań, często różniących się zaledwie kilkoma stronami. Do tego dochodzą zeszyty, przybory, stroje na WF… Lista wydaje się nie mieć końca, a rachunek rośnie z każdym dniem.
Skąd mam wziąć na to pieniądze? Czy mam wybierać, które z moich dzieci ma mieć pełną wyprawkę, a które musi zaciskać zęby? Czy mam rezygnować z dodatkowych zajęć, które rozwijają ich pasje, tylko po to, żeby kupić książki?
Pracuję na pełny etat, mąż też. Żyjemy skromnie, nie pozwalamy sobie na luksusy. A jednak każdy wrzesień to dla nas finansowa katastrofa. Pożyczamy od rodziny, bierzemy kredyt, ograniczamy się w jedzeniu przez kolejne miesiące, żeby spłacić długi zaciągnięte na wyprawkę.
Czy to jest normalne, że w kraju, który chwali się darmową oświatą, rodzice muszą się zadłużać, żeby wysłać dzieci do szkoły? Czy to normalne, że dotacja na wyprawkę nie pokrywa nawet kosztu jednego plecaka?
Gdyby jeszcze szkoła potrafiła uczyć. Ale nie potrafi. Pełna jest przypadkowych pracowników, którzy kompletnie nie potrafią przekazać wiedzy (zakładając, że w ogóle ją mają). Trudno nawet nazwać ich nauczycielami. Do ceny wyprawki dochodzą więc koszty korepetycji. 100 - 150 złotych tygodniowo za każdy przedmiot. Oczywiście bez paragonu, bo kto by uczciwie płacił podatki.
Edukacja ma być prawem każdego dziecka, nie przywilejem dla bogatych. Proszę, niech ktoś w końcu nas usłyszy!
Eliza z Wrocławia

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Pani Elizo, Jeżeli nie stać mnie, to nie robię dzieci. Pani wyszła z założenia, że 'jakoś to będzie' Proszę wziąć kredyt lub podnieść kwalifikacje zawodowe ponieważ pieniądze z nieba nie będą lecieć. Pozdrawiam.
Dodam jeszcze, że wychowałem się w latach 90 gdzie rodzice nie mieli ani 300 ani 800+. 2400 na trójke dzieci + 900 wyprawki + 2 pensje i płacze bo nie ma po 1000zł na dziecko raz w roku.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.