Lubił sprzeciwiać się władzy. Ponad 10 lat temu wsparł Jacka Protasiewicza w buncie przeciw Grzegorzowi Schetynie i w ten sposób ten ostatni stracił fotel lidera PO na Dolnym Śląsku. Cztery lata temu, wbrew Donaldowi Tuskowi, Jaros sam został szefem partii w naszym regionie. Teraz podobno jest w gronie działaczy, którzy chcą dymisji premiera po nieudanych wyborach prezydenckich i chaosie w koalicji.
Coraz częściej słychać, że Donald Tusk ma problemy nie tylko z koalicjantami. Ale to wcale nie kłopoty z Szymonem Hołownią, PSL czy Lewicą mogą być główną przyczyną coraz słabszej pozycji obecnego premiera. Jak donosi salon24.pl, w samej Koalicji Obywatelskiej rośnie niezadowolenie z tego, jak partią i rządem kieruje Donald Tusk. - Może to jeszcze nie bunt, ale powstały dwie frakcje, które wyraźnie się zwalczają – mówi portalowi polityk PO.
W pierwszej frakcji, nazywanej dworem, Tuska prym wiodą Marcin Kierwiński, sekretarz generalny PO, Jan Grabiec, szef KPRM, i europoseł Borys Budka. Według salonu24.pl, przeciwko nim coraz mocniej grają posłowie z drugiego szeregu, którzy coraz odważniej mówią o potrzebie zmiany premiera. – Gra idzie na Radosława Sikorskiego, który chce być królem świata – przekazuje rozmówca portalu. W grupie posłów, którzy wyraźnie stawiają na obecnego szefa resortu spraw zagranicznych, mają być wiceministrowie Michał Jaros, Marcin Bosacki, Arkadiusz Myrcha i Jacek Karnowski.
Czy obecność Jarosa w tym towarzystwie zaskakuje? Na pewno nie. I nie idzie tylko o kwestię pojawiającą się w cytowanym tekście, którą wypowiedział jeden z rozmówców autora: „Jaros od dłuższego czasu nie jest lojalny. Ma złość do kierownika, w ostatnich wyborach samorządowych poparł na prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka, i to w czasie, kiedy palił mu się już grunt pod nogami”.
Bo akurat podczas wyborów samorządowych, gdy Tusk wskazał Jacka Sutryka, a nie Michała Jarosa na kandydata na prezydenta Wrocławia z poparciem PO, Jaros nie zaryzykował sprzeciwu. A wiadomo, że wcześniej to robił. Tak jak w 2013 podczas słynnego puczu w Karpaczu, gdy razem z Jackiem Protasiewiczem wystąpili przeciw Grzegorzowi Schetynie. I w efekcie to Protasiewicz wtedy przejął władzę w regionalnych strukturach partii.
Od tego czasu zaczęły się zresztą niespokojne dni Jarosa w PO aż w końcu w 2016 roku odszedł z partii, związał się z Nowoczesną, a wspomniany Jan Grabiec skwitował to: „Żegnamy się z panem posłem bez żalu”. Tylko, że Jaros po dwóch latach wrócił do partii-matki i to z inicjatywy samego Schetyny, który stwierdził, że lepszego kandydata na sekretarza regionalnych struktur nie znajdzie. - Ale Jaros szybko znów na nas się wypiął i zaczął grać na siebie – kwituje obecnie jeden z bliższych współpracowników Schetyny. Doprowadziło to cztery lata temu do wygrania wewnętrznych wyborów na szefa dolnośląskiego regionu PO, choć Donald Tusk poparł drugiego kandydat Romana Szełemeja, prezydenta Wałbrzycha.
Dla nikogo nie jest też tajemnicą, że Michał Jaros nie był wielkim zwolennikiem kandydatury Rafała Trzaskowskiego na prezydenta RP, choć sam się mianował szefem jego regionalnego komitetu. I wbrew sugestiom Tuska, który prosił o zakopanie wszelkich toporów wewnątrzpartyjnych na czas kampanii, postanowił w tym czasie jawnie wypowiedzieć wojnę Renacie Granowskiej, szefowej wrocławskiej PO i wiceprezydent miasta, zanim odbyła się pierwsza tura. Zagroził jej wyrzuceniem z partii za podpisanie bez jego zgody umowy koalicyjnej z Jackiem Sutrykiem. I swój cel zrealizował. Zaraz po przegranej Trzaskowskiego.
Zresztą prezydent Warszawy też zawiódł Jarosa, ponieważ podobno obiecał mu, że ten na pewno zostanie marszałkiem województwa dolnośląskiego. Ale Trzaskowski obietnicy nie dotrzymał. Jaros wybory przegrał, a to dlatego, że część ludzi z PO zagłosowała przeciw. Michał Jaros w efekcie, jako nagrodę pocieszenia dostał fotel wiceministra w resorcie rozwoju i technologii
- Tylko problem tej frakcji w PO, która chciałby odsunąć Tuska od władzy, polega na tym, że są jeszcze za słabi – ocenia doświadczony polityk Platformy Obywatelskiej. - Żaden z nich, tak jak i Jaros, nie ma za sobą silnych szabel. Kiedyś Jaros mógł liczyć na przykład na wsparcie wicemarszałek Moniki Wielichowskiej czy europosła Bogdana Zdrojewskiego. Może się od niego nie odwrócili, ale dość mocno zdystansowali. Po jego kilku porażkach. Tyko, że Jaros lubi takie wyzwania i gdyby Donald go w ramach rekonstrukcji wyrzucił z rządu, to na pewno się zdynamizuje… A co będzie miał do stracenia? Tym razem nie pójdzie do Nowoczesnej, bo jej już praktycznie nie ma. To co do Hołowni? I razem na kolację do Kaczyńskiego?
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze