Awantura o niewielki napis w języku niemieckim spowodowała, że we Wrocławiu znów odżyła dyskusja czy zwalczać wszelkie ślady 200-letniej obecności Prusaków vel Niemców w naszym mieście. Nie udało się Stalinowi i Gomułce, nie uda się też Prawu i Sprawiedliwości. Ale niech próbują, bo przez to stają się jeszcze łatwiejszym celem do wyszydzania. Zwłaszcza, że niewiele też robią, by wyeksponować polską historię stolicy Dolnego Śląska i uczcić naszych rodaków, którzy współtworzyli to miasto w różnych momentach dziejowych. A po drugiej stronie sceny politycznej duże zamieszanie wywołują parlamentarzyści, Izabela Bodnar i Michał Jaros, którzy idą na zwarcie ze swymi politycznymi szefami. W jednym przypadku już jest po nokaucie, w drugim trwa jeszcze walka na punkty.
Nie, nie chciałbym aby wrocławskie ulice, przy których się wychowywałem czy mieszkałem ponownie nazywały się Frankfurterstraße, Dessauerstraße czy Höfchenstraße. Tak sam jak moje miasto Breslau. Ani też nawet, żeby owe niemieckie nazwy gdzieś towarzyszyły ul. Legnickiej, ul. Dobrej czy ul. Zielińskiego. To się nie wróci, bo tak potoczyła się historia miasta, które od 80 lat znowu jest polskie, a wcześniej było ponad 400 lat czeskie, 400 lat polskie i 200 niemieckie. Od 1945 język polskim jest we Wrocławiu jedynym obowiązującym, a ci, którzy tu przybyli jako pierwsi wykonali tytaniczną pracę, by wszystko to odbudować i oswoić i nadać nasz narodowy kształt.
Tylko kompletnie nie przeszkadza mi, wręcz nawet mnie pociąga wiedza o tym jak na tych ulicach kiedyś było. Jak kiedyś się nazywały, co nasi sąsiedzi z przeszłości tu robili. Dzięki przemianom ustrojowym i kulturowym od ponad 35 lat nie trzeba tej wiedzy przyswajać po kryjomu. Zapewne ludziom, którzy nie są tak długo młodzi jak piszący te słowa, trudno w to uwierzyć, ale o tym, że to miasto kiedyś nazywało się Breslau należało mówić po cichu. A najlepiej nie mówić.
Zupełnie nas ośmielił do poważnego zgłębiania tajemnic tamtego miasta Marek Krajewski, który w 1999 roku zadebiutował książką „Śmierć w Breslau”. Nie będzie przesadą, gdy padnie stwierdzenie, iż od tej chwili cała Polska już zaczęła się fascynować przedwojennym Wrocławiem.
Dlatego z wielką ciekawością wielu przyjęło informację, którą wojewódzki konserwator zabytków Daniel Gibski podzielił się z portalem tuwrocław. com, mówiąc o planowanym remoncie mostu Grunwaldzkiego:
W planie jest odtworzenie dwóch ozdobnych naczółków z koroną cesarską, herbem Hohenzollernów, a także ozdobnym napisem "Kaiserbrücke", czyli "most Cesarski". Pojawią się dokładnie w tych miejscach, gdzie były w pierwotnej wersji.
Wydawało się super, zwłaszcza, że oczywiście nikt nie mówił nawet o przywracaniu pierwotnej nazwy mostu, ale tylko odtworzeniu kilku elementów.
Niestety, dość szybko odezwała się siermiężna prawica sięgająca korzeniami głębokiego Gomułki. We Wrocławiu wybrzmiewała głosem Łukasza Kasztelowicza, niedawnego kandydata PiS na prezydenta Wrocławia, który nawet nie przeszedł do drugiej tury, a obecnego szefa klubu tej partii w Radzie Miejskiej:
Przywrócenie napisu "Kaiserbrücke", napisu odnoszącego się do pruskich tradycji - w mojej ocenie pruskie tradycje dały taki grunt pod to, że wykiełkował narodowy socjalizm. To jest most Grunwaldzki. (…) Most Grunwaldzki jest właśnie też tym symbolem powojennej odbudowy Wrocławia i my nie powinniśmy się - w mojej ocenie - aż tak daleko cofać i "niemczyć" Wrocław. Wrocław jest polski.
A czy ktoś mówił, że czyjś inny? Dla mnie osobiście w ogóle za mało polski, ale o tym już było kilka tygodni wcześniej i jeszcze nieco za chwilę. Że z pruskich tradycji wykiełkował narodowy socjalizm? Dość skrótowe podejście do historii. To mniej więcej tak jakby powiedzieć, że zgładzenie biskupa Stanisława ze Szczepanowa przez króla Bolesława Szczodrego vel Śmiałego miało niezaprzeczalny wpływ na powstanie Ruchu Obrony Granic Roberta Bąkiewicza. A tak przy okazji, zastanawiam się czy pan radny nie oburza się, gdy w piekarni ktoś poprosi o kajzerkę? W polskim Wrocławiu?!
Przez chwilę miałem wrażenie, że ten temat już dość dokładnie przewałkowaliśmy kilkanaście lat temu, zwłaszcza przy okazji Hali Ludowej czy Stulecia. Wtedy największy błąd popełniły władze Wrocławia z prezydentem Rafałem Dutkiewiczem na czele, który nie chciał być arbitrem w sprawie i stwierdził, że dla niego obie mogą funkcjonować w przestrzeni. Jednak neofici breslauerowscy stanowczo optowali za tą odnoszącą się do pierwotnej Jahrhunderthalle i wieloletni lobbing przyniósł skutek. De facto do dziś Rada Miejskiej nie podjęła stosownej uchwały, ale obiekt oficjalnie posługuje się nazwą Hala Stulecia, choć zarządza nim Wrocławskie Przedsiębiorstwo Hala Ludowa Sp. z o.o. I wtedy też PiS strasznie kręcił nosem, ale zabrakło mu determinacji, by postawić na swoim. Gdzieś tam coś zaproponował, by może zmienić nazwę Hali na imienia księcia Józefa Poniatowskiego, ale dlaczego, to już wrocławianie za bardzo się nie dowiedzieli. Ot, po prostu klasyka. Lubią narzekać, z kreacją dużo słabiej. Bo tak Bogiem a prawdą, czy ktoś mi wskaże jakieś bardzo widome znaki dbałości tej formacji o polskie ślady czy symbole we Wrocławiu? Pomniki naszych bohaterów czy władców związanych z tym miastem? Owszem, jest Pomnik Żołnierzy Niezłomnych, a reszta, jeśli w ogóle istnieje, to poutykana i niewidoczna. Jak PiS we Wrocławiu.
Gdy pojawił się na przykład pomysł, o którym kiedyś już wspominałem, ławeczek profesorskich przy gmachu głównym Uniwersytetu Wrocławskiego, mających uhonorować najbardziej zasłużonych naszych naukowców, to działacze tego środowiska zaczęli krytykować. Że to byli komuniści lub współpracowali z reżimem PRL. Po pierwsze tylko nieliczni. I trzeba pamiętać, że wtedy, niestety, innej Polski nie było. A tak naprawdę, choć tego w projekcie nie było, to mogliby nawet „usiąść” obok noblistów, którzy kształcili się i pracowali na tej uczelni przed wojną. I jestem pewny, że Wrocław przez to nie straciłby nic ze swojej polskości, gdyby obok siebie znaleźli się Max Born , Stanisław Kulczyński czy Alfred Jahn.
Bo przecież tu nie idzie o to, by na miejscu pomnika Aleksandra Fredry ponownie stanął Fryderyk Wilhelm III. Ale gdyby obok hrabiego pojawiła się dyskretna tabliczka informująca o tej zamianie miejsc, to miasto tylko zyskałoby edukacyjnie i turystycznie.
W każdym razie o ławeczkach już nikt nie myśli, a nie wiadomo, co będzie z remontem mostu Grunwaldzkiego. Urzędnicy trochę się przestraszyli tego szumu i już raczej powściągliwie, nawet przywołany konserwator, wypowiadają się co tam może się pojawić. Pytanie czy do remontu w ogóle dojdzie? Bo jak przy naprawach jakiś robotnik zdrapie śrubokrętem farbę, a spod niej wyłoni się pruskie miłosne wyznanie Wilhelm! Ich liebe dich!? Radny Kasztelowicz zemdleje jak nic.
Miłości nie ma też w polityce. Zwłaszcza, że ostatnio dość mocno widać w niej wrocławskich polityków. Z jednej strony kolejne swoje trzy minuty ma Izabela Bodnar, posłanka, która dość niespodziewanie dostała się do Sejmu z list Trzeciej Drogi. Drugi raz zrobiło się o niej głośno, gdy wystartowała na prezydenta Wrocławia i jeszcze weszła do drugiej tury. Sama chyba była tym faktem mocno zaskoczona. Do tego uzyskała poparcie Rafała Dutkiewicza. Nic to nie dało, Jacek Sutryk wygrał z nią bez problemu. Teraz znów wypłynęła. W momencie, gdy o jej liderze, Szymonie Hołowni, zrobiło się głośno w kontekście kolacji z PiS-em, rozstała się z klubem Polska 2050. Sama mówi, że odeszła, bo nie podobają jej się właśnie działania Hołowni, klub zaś mówi, że musiała odejść, ponieważ zachodził konflikt interesów jej działalności parlamentarnej z biznesami męża. Zresztą męża, któremu jakiś czas temu prokuratura przedstawiła akt oskarżenia. Rzecz w jakichś tam nieprawidłowościach biznesowych. Trzy minuty mijają, Izabela Bodnar w tej chwili jest posłanką niezależną, ale niewątpliwie blisko będzie Koalicji Obywatelskiej. Jeden głos zawsze ważny, tylko czy KO będzie chciała mieć w swoim gronie osobę o tak niejasnej przyszłości rodzinno-biznesowej? Akt oskarżenia może zamienić się przecież w wyrok. Wygląda na to, że mogły być to ostatnie minuty posłanki, ponieważ trudno sobie wyobrazić, by w następnych wyborach pojawiła się na jakimś biorącym miejscu jakiejś liczącej się listy. Zwłaszcza listy KO, którą w regionie ustala głównie drugi bohater ostatnich dni, czyli wiceminister Michał Jaros. A Izabela Bodnar niewątpliwie przyłożyła rękę do tego, by Jaros nie został marszałkiem województwa. Szef dolnośląskiej PO miał trochę inne rzeczy ustalone z Polską 2050 niż w praktyce, czytaj głosowaniu, się okazało.
Pytanie tylko, czy przy następnych wyborach to jeszcze Michał Jaros będzie budował listy KO na Dolnym Śląsku? Stał się cichym bohaterem ostatnich dni, ponieważ pojawiła się pogłoska, że należy do tak zwanej frakcji wiceministrów, czyli polityków z drugiego rzędu PO, którzy chcą odsunąć od władzy w kraju Donalda Tuska, a ich faworytem na fotel premiera jest Radosław Sikorski. Jeśli się to potwierdzi, a ich starania spełzną na niczym, to niewykluczone, że Michał Jaros, jak kilka lat temu, gdy zadarł z Grzegorzem Schetyną, będzie musiał schronić się w innej partii. Wtedy poszedł do Nowoczesnej. A jesienią Donald Tusk chce Nowoczesną już oficjalnie wchłonąć do PO i ewentualnie zmienić nazwę partii na KO. Z Polski 2050 też może niewiele zostać. Zieloni? Tak słabi, że jamochłon Tusk, jeśli tym razem i on przetrwa, też zrobi szybką akcję. Także „nie dziwi nic” jeśli jesienią Michał Jaros pojawi się pod inną banderą. Może zupełnie nową na politycznym horyzoncie, bo przecież dawni peowcy i ich akolici coś już kombinują. Bo tak PO a prawdą, Jaros w otoczeniu Tuska, Grabca czy Kierwińskiego za wiele już nie osiągnie.
Myślę, że po wakacjach najsłynniejsza wrocławska przeprawa nadal będzie mostem Grunwaldzkim, żołnierze jak do tej pory nie będą nosić pruskiej pikielhauby, a Izabela Bodnar może spotkać się politycznie z Michał Jarosem. Bo w polityce wybacza się szybciej niż w miłości.
Kończąc letnie wróżby mam jeszcze taką delikatną prośbę do tych, którzy chcieliby wymazać przeszłość naszego miasta, bo im do ich niezbyt pogłębionej myśli politycznej nie pasuje. Trawestując dość mocno sztambuchowego (germanizm!) Adama Asnyka: Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy,/Spróbujcie sami doskonalsze wznieść…
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Przecież budynek na rynku to świetny modernizm Maxa Berga
Prawda jest taka, że na całych tzw. ziemiach odzyskanych samorządy tańczą w rytm niemieckiego marsza. I swołocz próbuje. A to nazwie Halę Ludową "halą stulecia", a to Wzgórze Partyzantów przemianuje na bastion sakwowy (niem. Taschenbastion), a to przywróci tu i ówdzie lub odsłoni spod farby dawne niemieckie napisy na budynkach itd. Wszystko w imię "świadectwa historii i konserwacji zabytków". Próbuje do momentu, kiedy Polacy się oburzą i dadzą swołoczy po łapach. Wtedy swołocz szybciutko chowa łapki i krzyczy "nie nie, nie zrobimy, bo nie ma funduszy!". A jeśliby Polacy nic nie pisnęli, to na zasadzie milczącej zgody, powolutku, metodą drobnych kroczków i tiptopków, za 50 lat obudzilibyśmy się w Breslau, z niemieckimi nazwami ulic, napisami na sklepach i urzędowym niemieckim na poczcie. Nie wierzycie? No to popatrzcie na Gdańsk. Tam, na budynku Poczty Polskiej, bohatersko bronionej we wrześniu 1939 przez polską załogę, odsłonięto napis Postamt. Bo Polacy nie pisnęli i swołocz dopięła swego. Trzeba krzyczeć, trzeba protestować, bo swołocz nigdy nie ustąpi. Prawda, panie konserwatorze zabytków (czytaj Komisarzu Rzeszy do spraw Umacniania Niemieckości [niem. Reichskommissar für die Festigung deutschen Volkstums])?
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Co ci się myli. Część ludzi ma tu mieszane rodziny. Przodkowie mojej żony w części to Niemcy , stąd z Dolnego Śląska. Nie każdy tu przyjechał w wagonie, jak twoja stara. To jest Śląsk a nie Lublin. Wynocha na wschód.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Można odtworzyć ten niemiecki napis. Jestem tolerancyjny co do tej ludności z zza Buga, Lublina, Kielc. Choć za dużo tego. Jednak Ukraińców też jest dużo. Cóż, jest jak jest. To też mogłoby być siłą. Miasta rozwijają się na kanwie wielokulturowości, a nie odwrotnie. A wracając do tematu Wrocław był Pruski, to oni pobudowali mosty, była fabryka samochodów, były potrawy Śląskie przejęte przez Berlin i Górny Sl. Np .te matiasy z boczkiem i ogórkiem koszony, pieprzem, musztardą. Polacy niczego prawie tu nie zbudowali, a wręcz WAWA nas okradła z zabytków. Choć nie możemy negować że jest obecnie multiculti i nawet pogodzić się, ale nie ze szkodą, to jednak rozgoryczenie się tu Polaków z Azji , mówię o tych na wschód od Odry nie może powodować że my tu będzie zawsze tylko płacić na nich, a WAWA nas okradać że wszystkiego. Nie możemy przyjść takiego stanu i zarządzania miastem. Nie jesteśmy kolonia, tylko stolicą Śląska. Tzn. Albo ci ludzie się dostosują albo niech nie zarządzają miastem, albo wracają do siebie. Podsowując Wro ma odwoływać się do historii, zwrot zabytków z Wawy, i ma się rozwijać jako miasto różnych kultur. Podkreślam różnych kultur, a zapewniam że wyjdzie to nam na dobre. Nie o nazwę chodzi tylko ogólnie o tożsamość miasta. To temat poboczny. Także ultrasi polscy którzy też są tu tylko gośćmi nie słusznie twierdzą że to germanizacja miasta. Miasto było 200 lat pruskie, nie jest wołyńskie ani lubelskie, tylko kupiecką stolica Śląska. Oznacza to też wielokulturowość. Nie możemy bowiem przeinaczać historii. Historia jest i tyle, nie da się zmienić. Nie będzie też powrotu do narodowego socjalizmu. Obecnie narodowy socjalizm reprezentuje w Polsce Pis. Tylko że nie jest to z zyskiem dla Wro, bo od 1945 Kongresówkę budujemy. Jednocześnie musimy oddać hołd lwowskim profesorom którzy wnieśli duży wkład we Wrocław, jego naukę. Wrocław to wielokulturowość. Ja bym przywrócił nazwę. Natomiast nie wyobrażam sobie nazwy Hala ludowa, ani komuchy jej nie budowali , tylko Niemcy, a nazwy komuchy nie będą nam narzucać. Komuchów szczególnie nie lubię. Najpierw coś zbudujcie potem nazywajcie. Tym bardziej narzucanie nam nazw z Wawy. Nic nie zrobiła a nazwy chce nadawać. Także hala ludowa wykluczone. Nazwy możecie sobie w Lublinie , Kielcach nadawać. Także szanujemy ludność napływową o ile nie będziecie wykazywać historii Wrocławia , który stoi od 1000 lat. Także jak się z wsi przyjechało nie znaczy że można przerządzać jak w oborze. PiS też musisloby to zrozumieć. Przy czym uważam PiS za Azjatów , więc mała szansa na zmianę myślenia u nich. Wrocław podsumowując to nie wasz prywatny folwark. To nie warszawska kolonia. Osobiście budowałbym koleji i pozwolił na wieżowce. Nowe przeprawy mostowe. Dbać o Wrocławski węzeł wodny.
Choć nie możemy negować, że jest obecnie multiculti i nawet pogodzić się, ale nie ze szkodą dla nas tu mieszkających od dawna, czy Ślązaków, tj. rozgoszczenie się tu Polaków z Azji , mówię o tych na wschód od Odry nie może powodować że my tu będzie zawsze tylko płacić na nich, a WAWA nas okradać że wszystkiego. Nie możemy przyjąć takiego stanu i zarządzania miastem. Tu poprawiam część swojej poprzedniej wypowiedzi , aby było zrozumiałe.
Pięknem naszego miasta jest nasza wspólna polsko niemiecko czeska historia i to, że obecnie leży ono przy granicach, przez co nadal mamy wielki związek z sąsiadami. Prawda jest, że praktycznie wszystko co najpiękniejsze w tym mieście jest dziełem Niemców i trzeba być za to wdzięcznym i to szanować. Cała Odrzania jest wyjątkowym regionem, dużo piękniejszym od reszty Polski. Jak wyjechałem z Wrocławia do Warszawy to nie mogłem uwierzyć jak Mazowsze jest brzydkie. Dolny Śląsk to zdecydowanie najpiękniejszy region Polski. Cieszmy się tym i szanujmy naszą wielonarodowościową historię.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Przecież budynek na rynku to świetny modernizm Maxa Berga