W ciągu pięciu lat we Wrocławiu utonęło aż 50 osób, większość w Odrze. Ofiar byłoby znacznie mniej, gdyby rzeka była monitorowana na całej jej długości - na razie monitoring obejmuje tylko najważniejsze punkty. Tyle, że urzędnicy nie mogą się dogadać. Ci od prezydenta Jacka Sutryka odsyłają w tej sprawie do Wód Polskich, zaś Wody Polskie - do prezydenta.
Choć w akcji uczestniczy nawet policyjny śmigłowiec, dotąd nie udało się odnaleźć 22-letniego Radka z Wrocławia, który w sylwestrową noc mógł skoczyć do Odry z mostu Grunwaldzkiego. Szukający go ratownicy przez przypadek tuż obok natknęli się za to na ciało innego topielca - to 29-latek, którego zaginięcia nikt wcześniej nie zgłaszał. Od prawie miesiąca trwają z kolei poszukiwania 28-letniej Adili, która razem ze swoim dwumiesięcznym synkiem mogła utonąć w Odrze koło mostu Sikorskiego. Monitoring nagrał ją, gdy podchodziła w okolice rzeki. Czy do niej skoczyła lub wpadła? Nie wiadomo, bo Odra nie jest monitorowana. Ani tutaj, ani w miejscu gdzie miał do niej skoczyć 22-letni Radek.
- Bez wątpienia monitoring jest bardzo potrzebny - mówi portalowi TuWroclaw.com Mateusz Kujawa z Wodnej Służby Ratowniczej. - Gdybyśmy mieli możliwość całodobowego podglądu z kamer, na pewno byśmy z tego korzystali i monitorowali sytuację - dodaje. - Wrocław jest specyficzny: mamy dużo mostów, dużo dróg wodnych w środku miasta. Dlatego codziennie patrolujemy rzekę, np. za pomocą łodzi - mówi ratownik, który nie tylko bierze udział w poszukiwaniach ofiar wypadków w wodzie, ale i na co dzień patroluje wrocławskie rzeki.
Ale ratownicy na łodzi nie mogą być wszędzie. Monitoring pozwoliłby im zareagować natychmiast, gdy ktoś znalazłby się w rzece. W wielu przypadkach szybka reakcja mogłaby uratować życie.
W czym więc problem? W tym, że rzeka i nabrzeża mają różnych właścicieli. - Wrocławskim Węzłem Wodnym, czyli m.in. ponad 25 kilometrami rzeki Odry, jej 4 dopływami, kanałami, mniejszymi ciekami wodnymi, jazami i śluzami zarządzają Wody Polskie - przekazuje nam Monika Dubec z Urzędu Miejskiego Wrocławia. Jak dodaje dalej, rozwój monitoringu wizyjnego w przestrzeni miejskiej przeplata się także z potrzebami związanymi z monitorowaniem cieków wodnych. - Obraz z kamer znajdujących się w sąsiedztwie m.in.: Fosy Miejskiej, Wyspy Słodowej, Wyspy Bielarskiej, ulicy Grodzkiej, Zatoki Gondoli, Bulwaru Dunikowskiego, Bulwaru Marii i Lecha Kaczyńskich, mostu Uniwersyteckiego, mostu Zwierzynieckiego czy mostu Grunwaldzkiego czyli w miejscach, gdzie przebywa dużo osób obejmuje swoim zasięgiem również fragmenty nabrzeży i powierzchni wody, co w wielu przypadkach bywa wykorzystywane przez służby w ustalaniu przebiegu wydarzeń oraz poszukiwaniu zaginionych osób - podaje nam Monika Dubec.
Podlegające rządowi Wody Polskie przekazują, że nie ma możliwości ingerencji w infrastrukturę techniczną w tym wizyjną instalowaną na nie swoich obszarach i obiektach, co leży w gestii gminy Wrocław: Urzędu Miejskiego Wrocławia i podległych mu jednostek - słyszymy w odpowiedzi. Wody Polskie pozostają zawsze w kontakcie z odpowiednimi służbami - policją, strażą miejską, strażą pożarną czy WOPR oraz WSR, które posiadają wyspecjalizowane jednostki do poszukiwania osób zaginionych w wodzie i ustalania przyczyn ich śmierci - informuje dalej urząd.
Mówiąc w skrócie: Wody Polskie zarządzają samą rzeką i nie mają jak zamontować na niej kamer. Z kolei miasto odpowiada za to co jest wokół rzeki - nie chce brać na siebie obserwacji wody, którą nie zarządza. A może warto, by prezydent Wrocławia albo któryś z podległych mu urzędników spotkał się z przedstawicielem Wód Polskich i zamiast przerzucać się odpowiedzialnością, obie strony wzięły ją solidarnie na siebie? Wystarczy proste porozumienie, by o życie ludzi zadbać razem...
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze