Z dużym zainteresowaniem obserwuję jak lokalni aktywiści komentują wybory prezydenta w USA. Nawet z zazdrością, gdyż na polityce zagranicznej słabo się znam. A wspomniani, z dużym przekonaniem twierdzą, że to idiota i debil, choć na ogół mieli problemy z dostaniem się do rady miasta czy rady osiedli. Ten „idiota” natomiast ma poparcie prawie 80 milionów swoich rodaków. No i niektórzy w Polsce wiele sobie obiecują po jego pierwszych wystąpieniach, inni straszą, że popadniemy w ruinę. A jak ty Donaldzie Trumpie możesz pomóc Wrocławiowi skoro tak „lokalsi” Cię obserwują? Przy Strefie Czystego Transportu, korkach czy zlikwidowaniu kostki na naszych ulicach...
Ale zatrzymajmy się przy słowie debil. Aż dziwię się, że jest ono tak rzadko teraz używane w debacie publicznej. Może już niektórzy nie pamiętają, ale pewien literat , Jakub Żulczyk, podczas przedostatnich wyborów prezydenta USA, gdy wygrał Joe Biden, nazwał prezydenta RP debilem. Sprawa trafiła do sądu. Ale ówczesny Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar, który teraz jako minister w rządzie walczy z mową nienawiści, stwierdził: „wypowiedź Jakuba Żulczyka o prezydencie - silnie krytyczna, ale nie znieważająca”. W ocenie RPO, ewentualne skazanie Jakuba Żulczyka, mogłoby naruszać jego konstytucyjnie i konwencyjnie gwarantowaną wolność słowa. I dodał, że politycy, w tym osoby zajmujące najważniejsze stanowiska państwowe, muszą mieć - w kontekście krytyki obywateli - szczególnie „grubą skórę”. Podobnie uznał sąd i uniewinnił oskarżonego, twierdząc: „przepis dotyczący znieważenia głowy państwa nie powinien wykluczać prawa do formułowania krytycznych, nawet bardzo ostrych ocen, o ile służą one debacie publicznej”.
Tak że aktywiści po prostu prowadzą „debatę publiczną”. Z naciskiem na ten drugi człon.
Jednym słowem już wtedy wprowadzono zasadę: „nie porównuj mojej wolności słowa do twojej mowy nienawiści”.
Ale wracajmy na wrocławski grunt, żeby nie powiedzieć bruk. Wobec tak wielkich oczekiwań wobec po raz drugi obejmującego urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa mam i ja swoje życzenia.
Po pierwsze, panie prezydencie warto by jakoś wytłumaczyć panu konserwatorowi zabytków, że miłość do historii jest czymś szczególnym, ale jednak bezpieczeństwo obywateli ponad wszystko. I słowa te pisze człowiek, który jest zwolennikiem wprowadzenia historii jako przedmiotu obowiązkowego na maturze.
Chodzi oczywiście o dyskusję jaka ostatnio toczy się w sprawie remontu ul. Powstańców Śląskich. Miasto planowało wylać tam asfalt, ale konserwator doszedł do wniosku, że nic z tego i tłumaczył: "Konserwator zawsze dąży do tego, żeby oryginalna materia, tkanka, czyli w tym wypadku bruk, czy jakieś elementy typu tory, były zachowane w jak największym, maksymalnym stopniu”.
A jak stawiali koszmarną przybudówkę na kamienicy przy ul. Kazimierza Wielkiego czy biały dach na Ostrowie Tumskim, to konserwator (piszę o urzędzie, nie o osobie) wtedy się zdrzemnął? Że o wielu innych wykwitach, na czy obok zabytków, nie wspomnę. Gdyby ta „oryginalna materia” miała zawsze przetrwać, to ja bym teraz spał na kartoflisku, bo wcześniej przez lata pole uprawne było tam, gdzie powstała moja ulica, a zamiast dworca Wrocław Główny byłyby nadal stawy i grządki.
Czy służby konserwatorskie kiedyś przejechały się po deszczu po rondzie na Powstańców? Niezapomniane przeżycie, prawie jak wyścig NASCAR tylko w trochę wolniejszym tempie… Wiem o czym mówię, bo dwukrotnie blacharz na mnie zarobił, a raz tak mi się koło „wygło”, że jedyny raz w życiu potem jechałem kuśtykającym autem.
Pamiątkowe kostki może warto zachować na mniej ruchliwych traktach, bo jakby ktoś zapomniał, to ul. Powstańców Śląskich nadal jest drogą wlotową do Wrocławia, nie tylko z autostrady A 4.
Panie Trumpie, a co Pan myśli o Strefie Czystego Transportu? Podejrzewam, że chyba jest szansa na przychylne spojrzenie, by wysłać ten pomysł w niedaleki kosmos, obserwując jak zapatruje się Pan na wydumaną ekologię. Taki eufemizm będzie lepszy, niż oszczędna polszczyzna według Bodnara i wysokiego sądu.
Wrocław nie ma odwrotu, ponieważ ustawa nasze miasto zobowiązuje do jej wprowadzenia. Nie trzeba być prorokiem, by przewidzieć, że będzie to męka. Bo jak tu pogodzić oczekiwania posiadaczy leciwych aut, mówiąc wprost niezamożnych posiadaczy, z tym, że do centrum mogą wjeżdżać tylko lekko wypasione automobile. To mniej więcej tak, jakby pacjent wchodzący do proktologa liczył, że badanie skończy się na pokazaniu języka...
A można było uniknąć problemu, gdyby poprzednich prezydentów miasta nie obleciał strach. Przecież już za prezydentury Bogdana Zdrojewskiego mówiło się o powolnym ograniczaniu ruchu w centrum. Dokładnie 13 października 1990 roku wrocławski magistrat po raz pierwszy zamknął ostatecznie dla aut znaczną część Rynku. Nie można już było jeździć północną i zachodnią częścią tego placu. Pozostawiono wjazd od strony Oławskiej i wyjazd ulicą Wita Stwosza. Kierowcy, jak przy każdej tego typu zmianie, a ile było mniej aut w mieście, byli wściekli i narzekali na korki. Oni naprawdę wtedy jeszcze nie wiedzieli co to słowo znaczy… Dziś nikt sobie nie wyobraża samochodów w tym miejscu. Był nawet plan zamykania kolejnych ulic, ale władze się przestraszyły.
Potem znowu Rafał Dutkiewicz wziął się za to powolne ograniczanie ruchu. Padło na plac Solny i Kiełbaśniczą. W 2012 roku restauratorzy krzyczeli, że jeśli urzędnicy nie wycofają się ze swoich decyzji, to za dwa lata lokale splajtują, a Rynek umrze. - Nic tu nie będzie, a dawna atrakcja miasta stanie się powodem do wstydu - straszyli. Wtórowali im zacni mecenasi, którzy nie mogli do swych kancelarii podjeżdżać swymi wypasionymi limuzynami, a przejście 100 metrów groziło zarysowaniem wypucowanych trzewików.
Byli Państwo ostatnio w Rynku? Żyje?
Gdyby te wszystkie plany zostały zrealizowane przez ostatnie 35 lat, dziś nikt by się nie przejmował żadną SCT. W każdym razie nie w takim stopniu. A tak to nie ma przebacz, zwłaszcza, że panowie prezydenci nie tylko nie wykazali się odwagą, ale także zaniechali stworzenia spójnego systemu komunikacji miejskiej.
Przyznam się Państwu, że mam autorski pomysł na Strefę Czystszego Transportu. Na pewno wszyscy zauważyli, że ruch w mieście maleje, gdy dzieci nie idą do szkoły. O czym przekonamy się już za tydzień. A gdyby tak ministerka Barbara Nowacka, zwana Apuchtinem w spódnicy ( Jezu, można jeszcze mówić o spodniach i spódnicy?) pobyła osobą ministerialną jeszcze jedną kadencję? Ma ogromne tendencje do likwidowania wszystkiego co męczy uczniów - prac domowych, czytania lektur itp. Przecież doskonale jeszcze pamiętam, że tak naprawdę mnie najbardziej męczyło samo wyjście do szkoły. Więc jak nic i to jest tylko kwestia czasu - szkoły jako takie zostaną zamknięte. Po cholerę dzieciaki mają się stresować. Jak taki jeden z drugim wstanie około południa i poczuje się w miarę wypoczęty, to odpali sobie półminutową lekcję na komórce i wszyscy zadowoleni. Uczniowie i dorośli, których ominą poranne korki. Genialne? Trump na to jeszcze nie wpadł…
I takich kwestii, z którymi wrocławianie będą borykać się w najbliższym czasie jeszcze trochę będzie. To co Panie Trumpie, pomożecie?
Nie pomoże, tak samo jak nie pomoże Polsce wygrzebać się z wojen plemiennych. Ma swoje. Jego wybór jedynie może poprawić humor wyznawcom konserwatywnego spojrzenia na świat, którzy przestraszyli się nieodwracalności dominacji środowiska nadto zliberalizowanego. Natomiast wspomniane środowisko coraz częściej drapie się po głowie i kombinuje czy jednak nie zbłądzili, bo jak Amerykanie tak wybrali…
A o SCT, kostce brukowej i korkach musimy nadal dyskutować we własnym gronie. Na szczęście…
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.