To nie jest kampania wyborcza na programy, ponieważ mają takie same - pokój na świecie i żeby Koalicji Obywatelskiej żyło się lepiej. Monika Wielichowska po prostu dostała zadanie od premiera, by odebrać Dolny Śląsk Michałowi Jarosowi i ruszyła z impetem w teren, w którym zawsze brylował jej przeciwnik. I po entuzjastycznych wystąpieniach partyjnych liderów w ostatnich dniach widać, że ma szansę na wygraną. Nie tylko dlatego, że i CBA „pomaga”.
Od chwili ogłoszenia przez Monikę Wielichowską chęci startu w wyborach na szefową dolnośląskiej Koalicji Obywatelskiej, w których zmierzy się z dotychczasowym liderem Michałem Jarosem, wicemarszałek Sejmu ruszyła w trasę. Odwiedza lokalne struktury KO szukając poparcia. Czasami wygląda to nawet dość humorystycznie, bo obydwoje konkurenci w tym samym czasie pojawiają się w tych samych miejscowościach, a tamtejsi działacze zapewne czują pewien dyskomfort musząc zapewnić gości o swoim poparciu lub ewentualnie zrozumieniu poglądów prezentowanych przez gości. Zwłaszcza, że przecież obydwoje prezentują podobne nastawienie do rzeczywistości obiecując pokój na świecie i konieczności pracy na rzecz Koalicji Obywatelskiej. Wielichowska wręcz przekonuje, że ona nie startuje na złość Michałowi Jarosowi, nie widzi to żadnej kolizji interesów i że właściwie życzy mu wszystkiego dobrego. Zapewne poza wygraną, ale to już pozostaje w domyśle. Mniej dyplomatyczny jest Jaros, który mocno skonsternowany decyzją Moniki Wielichowskiej o starcie w wyborach zapisał w mediach społecznościowych:
„Jeżdżę po Dolnym Śląsku cały czas, nie tylko w kampanii i nie tylko wtedy, gdy świecą reflektory. Ten region to nie punkt na mapie. To ludzie, których się poznaje, miejsca do których się wraca i poczucie, że jest się u siebie”. To po wizycie w Złotoryi, w której wcześniej była Wielichowska.
Natomiast wicemarszałek, nieco uspokojona poparciem premiera, a może też wiedząc o jego innych decyzjach wobec Jarosa, bywa gdzie się da częstując wszystkich uśmiechem, a i czasami ciasteczkami, jak było to w przypadku piątkowej wizyty we Wrocławiu:
„Mój koniec dnia odbył się w Biurze Regionu dolnośląskiej KO, gdzie trwa rejestracja kandydatów na szefa struktur miejskich i powiatowych. Kolejka stała od godz. 14 - tej. Komisja ma sporo roboty, więc wpadłam z czekoladowymi sercami dla każdego”.
Dość sprytne posunięcie, zwłaszcza że zapewne wiedziała, że w tej kolejce może też czekać jej konkurent, ponieważ zgodnie z przewidywaniami portalu tuwroclaw.com, sprzed wielu tygodni, Michał Jaros postanowił ubiegać się nie tylko o szefa regionu, ale także i wrocławskich struktur. Teraz także z tego powodu, że po decyzji Wielichowskiej nie może już być tak pewnym wygranej na Dolnym Śląsku.
W każdym razie, w tej długiej kolejce oprócz Jarosa ustawili się także: Krzysztof Bryłka, Jarosław Duda-Latoszewski, Tadeusz Grabarek, Maurycy Graszewicz, Łukasz Kropski i Robert Leszczyński. Zapewne przed samymi wyborami 8 marca, ktoś z tego grona zrezygnuje, ale konkurencja dość ciekawa.
Kolejna znamienna rzecz, które pokazuje jak była to wyczekiwana decyzja, to fakt, że gdy Wielichowska ją zakomunikowała, natychmiast wielu prominentnych działaczy KO z Dolnego Śląska, z europosłem Bogdanem Zdrojewskim na czele, mocno się uaktywniło wyrażając wprost swoje poparcie w mediach społecznościowych lub sugerując takowe. A warto wspomnieć, że jeszcze kilku z nich, włącznie ze wspomnianym Zdrojewskim, niedawno murem stali za obecnym wiceministrem rozwoju i technologii.
Dlaczego tak się stało? Żadna tajemnica. Od dawna widać było coraz większą niechęć do Jarosa. Za chaos, brak skuteczności oraz skonfliktowanie działaczy w wielu rejonach Dolnego Śląska.
Według złożonych deklaracji, za obecnym liderem KO na Dolnym Śląsku opowiedziało się tylko trzech posłów – Łukasz Horbatowski, Robert Jagła, Marek Chmielewski.
I czy to tylko przypadek, że pierwszego z nich nagle odwiedziły służby, by zabezpieczyć dokumenty dotyczące finansowania kampanii wyborczej głogowskiego posła? Zwłaszcza w czasie, gdy pieczę nad nimi sprawują politycy z macierzystej partii? Tak, wiem, są niezależne… Tylko, że gdy człowiek sobie uświadomi kto je koordynuje, to już pewność bywa lekko zachwiana. To przecież Wałbrzyszanin Tomasz Siemoniak, który raczej nigdy nie należał do jarosowej frakcji. Wszystko jakoś tak się idealnie skleja – premier robi sobie zdjęcie z Wielichowską, a wiadomo, że Donald Tusk chce mieć spokój w partii przed wyborami parlamentarnym w przyszłym roku, tuż przed wyborami w KO uaktywnia się CBA… Przecież dobro śledztwa zapewne za bardzo by nie ucierpiało, gdyby te odwiedziny odbyły się po 8 marca.
Może to być sygnał wysłany w stronę Michała Jarosa, że może mu nie wystarczyć czasu, by dobrze pracował w rządzie i skutecznie kierował partią w terenie? Może… Jak go nie zrozumienie, to zapewne nastąpi telefon z góry, który wiceministrowi dokładniej to wyłuszczy.
A jeśli Jaros nie odbierze i się uprze, czego nie zrobił, gdy chciał startować na prezydenta Wrocławia, a Donald Tusk nie zdecydował się go poprzeć?
Coraz trudniej w to uwierzyć, ale może się okazać, że wycieczki Moniki Wielichowskiej zaczęły się zbyt późno. Trzeba pamiętać, że głosuje około 3000 członków KO w regionie, jeśli zapłacili składki lub ktoś za nich zapłacił, którzy wcale nie muszą przejąć się opiniami partyjnych celebrytów i uznają, że „lepsze zło znane niż nieznane”. Wybory demokratyczne, nie tylko w KO, rządzą się bowiem takim prawem(mają tę wadę?), że głos Bogdana Zdrojewskiego jest tak samo ważny jak anonimowego członka tej partii.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze