Minimalna wygrana Michała Jarosa to nie tylko porażka Moniki Wielichowskiej. To przede wszystkim klęska liderów dolnośląskiej Koalicji Obywatelskiej, którzy masowo wsparli wicemarszałek Sejmu. Okazało się bowiem, że członkowie KO mają za nic opinie posłów czy ministrów ze swojej partii.
W poniedziałek około południa, tak naprawdę, nadal nie znamy oficjalnych wyników wyborów przewodniczącego dolnośląskiej Koalicji Obywatelskiej. Nadal trwa liczenie i przeliczanie. Choć oczywiście obowiązująca wersja jest taka, że Michał Jaros wygrał sześcioma głosami, a Monika Wielichowska złożyła protest ze względu na liczne uchybienia podczas głosowania.
- Ona by tego nie zrobiła bez konsultacji z centralą, a może i z samym premierem – tłumaczy nam jeden z najbardziej doświadczonych działaczy kiedyś PO, a teraz KO. - W tej chwili możliwe są wszystkie warianty – od rozwiązania struktur regionalnych i wprowadzenia komisarza co u nas już kiedyś było po uznanie wyników, by nie zaogniać sytuacji.
Tylko, że tego wyciszyć się nie da i wygląda na to, że powtórzenie wyborów może być też szansą dla samego Michała Jarosa, który jako dotychczasowych szef struktur jest odpowiedzialny za cały ten chaos. Poza tym, wygląda na to, że ma bardziej zmobilizowany elektorat partyjny, który znów karnie stanie przy urnie by go poprzeć. Czego nie można powiedzieć o zwolennikach Moniki Wielichowskiej, a świadczą o tym wyniki w jej macierzystym Kłodzku, gdzie ledwo wygrała, a goryczy porażki zasmakowała w swoim wałbrzyskim okręgu wyborczym, z którego dostała się do Sejmu.
Okazało się, że poparcie dla niej było trochę iluzoryczne.
- Ogromna energia i realna moc do działania dla Moniki Wielichowskiej. Wsparcie 12 parlamentarzystów z regionu, liczne grono samorządowców wojewódzkich i lokalnych pokazuje, że to kandydatura, która łączy i buduje wspólnotę wokół ambitnych celów – ekscytował się jeszcze kilka dni temu na konwencji Moniki Wielichowskiej wiceminister sportu Piotr Borys.
Tylko, że od teraz ta dwunastka ma chyba problem, co powiedzieć zwycięzcy, którego tak mocno krytykowali. A przecież to Michał Jaros w przyszłym roku ponownie będzie miał największy wpływ na kształt list wyborczych do Sejmu i Senatu. I zapewne stąd bolesne milczenie w mediach społecznościowych owych liderów w poniedziałkowy poranek.
Dlaczego tak się stało? Będą różne diagnozy, nawet gdyby w powtórzonych wyborach wygrała, ale to zapewne wyniki wielu czynników, o których będzie jeszcze czas wspomnieć. Jak już wielokrotnie wspominaliśmy wybory wewnątrzpartyjne rządzą się swoimi prawami. A prawda jest po prostu dość oczywista, o czym wspominano gdy pojawiła się kandydatura Moniki Wielichowskiej – wicemarszałek Sejmu nie umie robić kampanii, nie lubi pracować w terenie i gdy teraz pojawiała się w różnych miejscowościach, to wielu działaczy widziała ją pierwszy raz na oczy. Jarosa znali do dawna. I nie miało dla nich znaczenia, że nie poniósł porażki w batalii o kandydaturę na prezydenta Wrocławia czy przegrał głosowanie na marszałka Dolnego Śląska. Albo to, że dość mocno skonfliktował struktury wrocławskie.
Z takim scenariuszem chyba liczył się też sam Donald Tusk
- Proszę zwrócić uwagę, że tak naprawdę to Donald Tusk oficjalnie nie udzielił poparcia Monice Wielichowskiej. Dał sobie zrobić z nią zdjęcie i tyle – zauważa jeden z działaczy KO. - Oczywiście wiemy, że woli ją niż Jarosa, ale gdy w poprzednich partyjnych wyborach przepadli jego ludzie, czyli na Dolnym Śląsku Roman Szełemej, a na Pomorzu Agnieszka Pomaska, postanowił już nie ryzykować.
Nikt natomiast nie kwestionuje wyników wyborczych we wrocławskich strukturach, gdzie dość wyraźnie wygrał Michał Jaros. Choć nie można wykluczyć, że z przyczyn proceduralnych i te może trzeba będzie powtórzyć. We Wrocławiu przeciwnicy Jarosa trochę się zakiwali i nie docenili faktu, że ten ma w mieście dużo grono zwolenników. Łączy ich na przykład chęć zrewidowania koalicji z ratuszem. Gdyby Tadeusz Grabarek (90 głosów) i Robert Leszczyński (209), popierający obecny kształt umowy z prezydentem Jackiem Sutrykiem, połączyli siły Jaros (269) raczej miałby małe szanse na wygraną.
Wielu natomiast nie rozumie roli jaką chciał spełnić czwarty z kandydatów Krzysztof Bryłka (84). Ten do niedawna bliski współpracownik wiceministra rozwoju i technologii kilka miesięcy temu rzekomo popadł w niełaskę swego patrona. Dochodziło nawet do mocnych oskarżeń. Ale czy można wykluczyć, że była to ustawka i Bryłka miał skupić na sobie głosy tych, którzy nie chcieli już Jarosa, ale nie wspierali też obecnej koalicji z magistratem?
Ciąg dalszy na pewno nastąpi.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze