To mogą być najbardziej rozpolitykowane święta w najnowszej polskiej historii. I nie tylko dlatego, że istotą Wielkanocy jest cud, a wiele sytuacji w kampanii wyborczej zaczyna przypominać zjawiska nadprzyrodzone. Po ostatniej awanturze w oleśnickim szpitalu widać kolejne przyjacielskie gesty na linii Grzegorz Braun-Platforma Obywatelska. Donald Tusk zaczyna mówić językiem Jarosława Kaczyńskiego lub Konfederacji. Właściwie pozostaje czekać aż na szybko zostanie zorganizowany drugi chrzest Polski, a premier na wszelki wypadek zmieni nazwisko na Brzęczyszczykiewicz.
„Natomiast u nóg pana Zagłoby leży pułkowa chorągiew zaporoska. Widocznie uciekający Kozak cisnął ją tak, że drzewcem wsparła się na ramieniu pana Zagłoby, a płachtą pokryła mu głowę. Ujrzawszy to wszystko i zrozumiawszy dokładnie, mąż ów oprzytomniał zupełnie. - Aha! - rzekł. - Zdobyłem chorągiew. Jak to, możem jej nie zdobył? Jeśli justycja nie polegnie także w tej bitwie, tedy pewien jestem nagrody. O chamy! Szczęście wasze, iż mi się koń rozparł. Nie znałem się, mniemając, iż fortelom mogę ufać bardziej niż męstwu. Mogę się do czegoś więcej w wojsku przydać niż do zjadania sucharów. O dla Boga! Znowu tu jakaś wataha leci. Nie tędy, psubraty, nie tędy! Żeby tego konia wilcy zjedli!”.
Ten fragment z sienkiewiczowskiego „Ogniem i mieczem” przypomniał mi się po serii debat. Serii, która zaczęła się w słynnych Końskich, gdzie kandydat Rafał Trzaskowski zaliczył wielką porażkę zanim zaczęły się jakiekolwiek dyskusje. Gdy okazało się, że tak naprawdę nie wiadomo kto organizuje tę debatę Trzaskowski-Nawrocki lub dlaczego do burmistrza Końskich w sprawie przygotowań dzwonił ktoś z rządu. A na koniec prawie wszyscy kandydaci na prezydenta najpierw debatowali w innym miejscu, a Trzaskowski czekał niczym młokos na pierwszej randce z nerwów łamiąc palce i mruczał pod nosem: przyjdzie, nie przyjdzie… Owszem, przyszedł, ale nie sam. Przyszedł Karol Nawrocki, ale z koleżankami i kolegami kandydatami, których zaproszono bodajże półtorej godziny przed samą imprezą, ponieważ od dłuższego czasu atakowali kandydata PO dlaczego ich pominął.
Odnoszę wrażenie, że moja osiemnastka zorganizowana w niewielkim mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty sprawiała wrażenie bardziej profesjonalnej imprezy choć sąsiedzi narzekali, że im niedopałki wpadały do gardła. To po co wyglądali z okien przekręcając głowy twarzą do góry, gdy goście spontanicznie opróżniali popielniczki? Nie słyszeli wcześniej „Hells Bells” AC/DC z głośników odkręconych na maksa?
A wracając do tej prezydenckiej imprezy, to Rafał Trzaskowski do tej pory wydawał się murowanym faworytem w wyścigu o fotel prezydenta RP. Mur się sypie, choć sondaże pokazują, że faworytem nadal jest. I ten mur kruszeje nie dlatego, że pozostali kandydaci zaczęli prezentować jakąś rewelacyjną formę. Po prostu wyglądali lepiej na tle nijakiego kandydata Platformy. Co było zresztą do przewidzenia, bo przecież żadna to tajemnica, że prezydent Warszawy nie jest jakimś magiem sceny politycznej. Gdyby był, to już dawno zostałby liderem PO i zapewne Donald Tusk nie musiałby po raz kolejny wracać na fotel szefa tej partii.
I dokonywać cudów, przemian i innych magicznych sztuczek, by zapewnić zwycięstwo kandydatowi Platformy. Zapewne doskonale zdaje sobie sprawę, że gdy prezydentem nie zostanie Rafał Trzaskowski, to i rząd będzie musiał się zwijać, bo koalicjanci już są lekko zmęczeni dominacją wielkiego brata.
W kategoriach cudów trzeba oceniać sygnały przychylności płynące na linii Grzegorz Braun – PO. Zapewne zarejestrowali Państwo jak ten były wrocławski dziennikarz i reżyser zganił Marka Jakubiaka, gdy ten na kolejną debatę przyniósł tekturową postać Trzaskowskiego, gdy wiadomo było, że kandydat PO nie pojawi się na spotkaniu. – To jest słabe – krótko ocenił Braun.
Kilka dni później Grzegorz Braun wtargnął do szpitala w Oleśnicy i więził pracującą tam lekarkę, która dokonała u pacjentki przerwania ciąży w dziewiątym miesiącu. Jak tłumaczył, próbował dokonać "obywatelskiego zatrzymania", bo w podwrocławskiej placówce doszło do złamania prawa.
I gdy Lewica grzmiała, że „Legitymacja poselska, to nie przepustka do terroryzowania ludzi” lub „Do kiedy będziemy pozwalać na przemoc fundamentalistom”, to jakoś po stronie dolnośląskiej PO było cicho. Chyba, że nie słyszałem. Tak samo jak nie widziałem, by wybrali się do oleśnickiego szpitala wspierać tamtejszy personel medyczny. Zgadzają się z Grzegorzem Braunem? Pytam, nie oceniam.
Tak, wiem. Prokuratura wszczęła śledztwo, a głos zabrał też minister spraw wewnętrznych i administracji rodem z Wałbrzycha. - Każdy kto grozi lekarzom i dezorganizuje pracę szpitala poniesie surowe konsekwencje swoich czynów - zapowiedział Tomasz Siemoniak. Jest szefem policjantów, to musi to robić. Ale nie o to tu chodzi… Bo przecież chodzi, by w czasie kampanii wyborczej niezbyt często pojawiało się słowo „aborcja”. Taki plan.
Kolejny cud? Najwyższego kalibru. Otóż człowiek, który kiedyś był założycielem i szefem pierwszej polskiej partii liberalnej - Kongresu Liberalno-Demokratycznego, wielbicielem Leszka Balcerowicza i przyjacielem największego „prywatyzatora” Janusza Lewandowskiego nagle ogłosił: „Czas na odbudowę narodowej gospodarki. Czas na repolonizację polskiej gospodarki, rynku, kapitału”. Czyli odkupi to co sprzedawał, gdy poprzednio był premierem? To się nie dzieje… Niektórzy twierdzą, że zaczął mówić językiem Jarosława Kaczyńskiego.
To ja będę konsekwentny. W 2011 roku Grzegorz Braun stwierdził : „Czas na odbudowę narodowej gospodarki. Czas na repolonizację polskiej gospodarki, rynku, kapitału”. Czy gdy wygłaszał te słowa na Opolszczyźnie mógł przypuszczać, że znajdzie takiego naśladowcę?
I gdyby ktoś mnie posądzał, że z tym cichym wspieraniem Brauna przez PO, to delikatnie mówiąc przesadzam, służę prostym wyjaśnieniem. Wielu uważa, że Platforma woli by Trzaskowski w drugiej turze spotkał się z Nawrockim niż z kandydatem Konfederacji Sławomirem Mentzenem. A każdy głos na Brauna, to osłabianie siły konfederaty, bo mają ten sam prawicowy elektorat. Da się to policzyć na palcach.
Jeśli Tusk będzie nadal szedł tą drogą, to właściwie już należy oczekiwać kiedy polski premier upomni się u Niemców o reparacje wojenne, unieważni „Orędzie biskupów polskich do ich niemieckich braci w Chrystusowym urzędzie pasterskim” i ogłosi, że tak naprawdę to zawsze chciał się nazywać Grzegorz Brzęczyszczykiewicz (żeby był jasne, kompletnie nic nie mam do imienia i nazwiska pana premiera). A i w 1000-lecie koronacji Bolesława Chrobrego powtórzy chrzest Polski i Rafała Trzaskowskiego.
Zaczynam się zastanawiać, czy taktyka bezbarwnej kampanii Karola Nawrockiego nie polega na prostym zabiegu. Na coraz częstszym prezentowaniu się na tle totalnie pogubionego Rafała Trzaskowskiego, który też unika niektórych spotkań. W sumie Nawrocki nawet za wiele nie musi mówić. Wystarczy, że tamtych wyborca posłucha.
„Cuda, cuda ogłaszają…” – tak to nie te święta się śpiewa, ale samo ciśnie się na usta, gdy tak człowiek to obserwuje.
I oczywiście wiem, że jest milion ciekawszych tematów do dyskusji wielkanocnych, ale gdy tyle się dzieje, takie przemiany, za którymi nikt nie jest w stanie nadążyć, to proszę się nie krępować. Byle z umiarem…
Poza tym, niemiecki noblista Tomasz Mann w „Czarodziejskiej górze” zapisał: "Nie ma nie-polityki. Wszystko jest polityką”.
Tak że Wesołych Świąt!
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze