Po ostatnich wydarzeniach w łódzkiej PO zacząłem się zastanawiać, czy do polityki nie wróci Zbigniew Chlebowski. Zwłaszcza, gdy po raz kolejny usłyszałem, że Grzegorz Schetyna straszy swoich partyjnych kolegów, iż zostanie prezydentem Wrocławia. A wszystko to w gorącym czasie, kiedy jeden z najpoważniejszych kandydatów na prezydenta RP coraz bardziej przypomina Świętowita, a drugi prowadząc milczącą batalię wygląda jak połączenie gejszy z wańką-wstańką. I czy pamiętają Państwo jakiś ostatnio czas bez kampanii wyborczej?
My Dolnoślązacy chyba jesteśmy bardziej wyczuleni na „przejęzyczenia” historyczne niż Polacy z innych regionów, dlatego słowa ministerki od edukacji Barbary Nowackiej nie mogą przejść bez echa. I nie chodzi o żadną dymisję, bo tego w tym rządzie się nie praktykuje w gronie polityków KO. No chyba, żeby byłaby z Lewicy lub Trzeciej Drogi, to ewentualnie. Ale niechętnie. Przypomnę tylko, że Barbara Nowacka brała udział w konferencji "My jesteśmy pamięcią. Nauczanie historii to nauka rozmowy" zorganizowanej z okazji 80. rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. W trakcie prelekcji minister stwierdziła, że "na terenie okupowanym przez Niemcy polscy naziści zbudowali obozy, które były obozami pracy, a potem stały się obozami masowej zagłady".
Zrobił się szum, a ministerka, premier i wszyscy z opcji stwierdzili, że to było zwykłe przejęzyczenie. Czy takie zwykłe?
Mówimy o szefowej resortu, która wzięła się za mocne przemeblowanie nauczania historii i listy lektur. Przecież całkiem niedawno o jednym z najznamienitszych polskich powojennych poetów powiedziała: „Były pewne pomysły indoktrynacyjne, na przykład w ostatnich latach powkładano poezję niejakiego Rymkiewicza”. Więc raczej nie jakieś zwykłe, a widać pewną kontynuację. Przy okazji przypomniano, że inny minister - Adam Bodnar, gdy był jeszcze Rzecznikiem Praw Obywatelskich „przejęzyczył” się w ten sposób: „Musimy pamiętać też, że wiele narodów współuczestniczyło w realizowaniu holocaustu, w tym także, o czym mówię z ubolewaniem, także naród polski”. To już powoli nie przejęzyczenia, a normalne jąkanie.
No i dochodzi jeszcze kwestia porozumienia w sprawie ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej. Podobno w ramach tego układu rząd polski zobowiązał się do odnowienia pomnika czy pomników upamiętniających żołnierzy UPA. Piszę podobno, bo za wiele to jakoś nie można usłyszeć od rządu na ten temat. No chyba, że to kolejne przejęzyczenie.
I teraz czas na wyjaśnienie, dlaczego w naszym regionie ludzie mogą być bardziej wyczuleni na te przejęzyczenia. Tu przecież mieszkają ofiary wspomnianej Rzezi i ich potomkowie, którzy przez lata musieli milczeć na ten temat. Po wojnie przesiedlono na Dolny Śląsk wiele rodzin katyńskich, którym też nie wolno było się „przejęzyczyć”. A potem nagle zaczęto nam wmawiać, że owi Niemcy, którzy tu mieszkali przed 1945 rokiem i którzy wybrali sobie Hitlera za wodza, by zbudował im wielkie Niemcy bez względu na metody, to takie same ofiary tej okrutnej wojny jak Polacy czy inne pokrzywdzone narody. Zaczęto zacierać różnice między katem a ofiarą. Oczywiście, z czasem emocje opadają, można budować różne relacje, ale te przejęzyczenia czasami po prostu bolą. Tak samo jak inne próby wartościowania, że na przykład żołnierze Wehrmachtu nie byli tacy źli jak esesmani. Czyli co, przed zabijaniem pytali swoje ofiary jak się czują czy częstowali papieroskiem?
Biorąc to wszystko po uwagę zastanawiam się, czy dojdziemy do tego, że w ramach jakiegoś porozumienia nagle ktoś nie wpadnie na pomysł, a może jednak we Wrocławiu postawić pomnik Wehrmachtu, bo tylu ich tu mieszkało i zginęło? Jak zrobi się wrzawa, to usłyszymy, że to było zwykłe przejęzyczenie, bo miało być pomnik ofiar Wehrmachtu…
To teraz przejdźmy do festiwalu przejęzyczeń, czyli do kampanii wyborczej przed wyborami prezydenta RP. A tak przy okazji, odnoszę wrażenie, że od kilku lat to chyba mieliśmy tylko kilka tygodni wolnego od jakiejkolwiek kampanii, a tak to wybory za wyborami, że o referendum nie wspomnę.
Zgodnie z przewidywaniami w stawce liczą się tylko dwaj kandydacie. Reszta odstaje. Po pierwsze Karol Nawrocki, obywatelski kandydat wspierany przez PiS. Czyli ten, którego wskazał obywatel Jarosław Kaczyński. Z mediów widzę, że jeździ po kraju. Kłania się ludziom grzecznie niczym japońska gejsza i gibie niczym taka lalka zwana wańką-wstańką. I cały czas się uśmiecha. Ale gdyby Państwo mnie spytali o program, to jakoś nie słyszałem. Więcej, zwrócił na to uwagę mój pewien znajomy, który dość intensywnie interesuje się polityką: czy ty słyszałeś jego głos, bo ja nie… No właśnie, nie bardzo… Ale może niedługo coś usłyszymy, ponieważ obywatel prezes ogłosił zbiórkę pieniędzy na kampanię, bo jak wiadomo Donald Tusk postanowił wziąć PiS głodem i według prawa „na oko” zdecydował nie wypłacać subwencji. To prawo „na oko” to chyba nawet w Polsce się przyjmie. Tylko „oczy” co pewien czas będą się zmieniały.
No i drugi kandydat, wiceprezes PO, ale też taki obywatelski Rafał Trzaskowski. Ten również nie ujawnia programu, ale dużo mówi. Zaczyna przypominać takiego prasłowiańskiego szefa bogów Świętowita (wbrew powszechnej opinii nie nazywał się Światowid), który miał cztery twarze. Pan Rafał ma znacząco więcej. Na każdy temat ma każdą opinię. Jest niezwykłą emanacją uniwersum, o której najwięksi mistycy nie śnili. Bo zarazem ateista, ale i katolik. Nie wyobraża sobie Ukrainy w NATO i UE, ale też spokojnie sobie wyobraża, wręcz nie wyobraża sobie, żeby jej tam nie było. Narodowiec, który nie lubi narodowców. Właściwe to już tylko czekam, kiedy stwierdzi, że akcja Grzegorza Brauna w Sejmie z gaśnicą, to nie był występek antysemicki, a jedynie godne pochwały zachowanie w trosce o bezpieczeństwo przeciwpożarowe.
Gdy tak patrzę na międzyplemienne walki o fotel prezydenta RP, to przywołując ulubioną dyscyplinę sportu Karola Nawrockiego, czyli boks, odnoszę wrażenie, że szermierki na pięści to nie będzie, a coraz bardziej zajadła młócka przed remizą. Do krwi ostatniej PiS lub PO.
A propos młócki. Przez chwilę miałem wrażenie, że wewnętrze wojny PO ucichną na czas kampanii, ale miasto Łódź udowodniło, że niecierpliwi nie wytrzymają. W ostatnich dniach do kontrofensywy przystąpił skompromitowany Cezary Grabarczyk. Przypomnijmy, że Sąd Rejonowy dla Łodzi-Śródmieścia, w 2023 roku, wydał wyrok w sprawie nielegalnego pozyskania pozwolenia na broń przez byłego ministra sprawiedliwości. Ale Grabarczyk wrócił i tak namieszał w strukturach partii, nie będę Państwa zamęczał szczegółami, że pozbawił władzy w miejskiej PO prezydent Łodzi Hannę Zdanowską.
Mogą w Łodzi, zrobią to we Wrocławiu? Bo jak wiadomo tu praktycznie od rewolucji październikowej w 2013 roku w Karpaczu, gdy Jacek Protasiewicz i Michał Jaros pozbawili władzy w regionie Grzegorza Schetynę, trwają walki frakcyjne. Z różnym natężeniem, ale teraz niewątpliwie się wzmogły. Nawet przy ustalaniu, kto będzie rządził w regionalnym sztabie wyborczym Rafała Trzaskowskiego.
Gdy pojawiło się nazwisko Grabarczyka, to pomyślałem, a może w naszym regionie odkurzą Zbigniewa Chlebowskiego. Pamiętają Państwo tego szefa sejmowego klubu PO, wiernego żołnierza Grzegorza Schetyny, który prowadził dziwne negocjacje ze światem biznesu hazardowego na cmentarzu? W efekcie tej afery w 2009 roku Chlebowski stracił robotę w PO, kilku innych polityków tej partii też usunęło się w cień, a Schetynie popsuły się relacje z Tuskiem. Ten ostatni tak wtedy się bał, co jeszcze CBA wie o nim, że poprzysiągł zemstę tej trzyliterowej służbie. I jak ćwierkają wróbelki już niedługo nadejdzie jej czas, czyli likwidacja.
Ale powrotu Chlebowskiego raczej nie będzie. Natomiast, jak nieoficjalnie przekazało już kilka źródeł, Schetyna nie odpuści. Może nie zrobi rewolucji na skalę łódzką, bo Jaros do perfekcji opanował obstawianie swoimi ludźmi poszczególnych kół w partii, ale powoli się przymierza do ewentualnej zmiany w ratuszu. Nie w efekcie referendum, bo w nie jak większość nie wierzy, ale gdyby jednak ktoś w PO postanowił, że taka zamiana jest potrzebna. Za wszelką ceną będzie blokował kandydaturę Michała Jarosa lub kogoś z kręgu obecnego wiceministra rozwoju i technologii. Miał przekazać dwóm swoim pracownikom, żeby zdecydowali, który chce wejść do ratusza. I dodał: jak żaden z was, to ja…
Nie wiem, może nadmiernie histeryzuję. Ale jak patrzę na to co się dzieje na tych różnych poziomach. Z jakim zacietrzewieniem, z jakim zaangażowaniem sił, z jakim lekceważeniem reguł wszelakich, to przypomniała mi się dość znana opinia na temat przyczyny rozbiorów Polski. Zapisał je w swoim traktacie „O wojnie” Carl von Clausewitz, pruski teoretyk wojny i generał, który do 1971 roku był pochowany we Wrocławiu na nieistniejącym już cmentarzu wojskowym u zbiegu al. Wiśniowej i ul. Ślężnej. Potem Niemcy z NRD przenieśli go do siebie.
A słowa te niestety odnoszą się nie tylko do czasu XVIII-wiecznych rozbiorów:
„Czy istotnie można było Polskę uważać za państwo europejskie…? Nie! Było to państwo tatarskie, które zamiast leżeć jak Krymskie, nad Morzem Czarnym, na granicy państw europejskich, leżało między nimi, nad Wisłą. Nie chcemy tu ani mówić z pogardą o narodzie polskim, ani usprawiedliwiać rozbioru kraju, lecz jedynie rozważyć rzeczy takimi, jakimi są. Od stu lat nie odgrywało to państwo w gruncie rzeczy żadnej roli politycznej, lecz było tylko jabłkiem niezgody dla innych. W tym stanie i z tym ustrojem nie mogło się ono dłużej utrzymać wśród innych państw”.
Wiem, nadmiernie histeryzuję, ale Clausewitz się nie przejęzyczył. Po prostu warto o tym pamiętać, bo na lekcjach historii tego od dawna już nie uczą.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Przecież od dawna Wrocław jest już częścią Niemiec, dziwne, że Pan nie zauważył. Konkretnie od momentu przechrzczenia Hali Ludowej na "stulecia". Jest już w mieście Pasaż Adolfa, ulice Heinricha, Hansa, a wkrótce też Hermanna. Nazwiska dodano tylko dla zmyłki, zapewniam Pana, a w odpowiednim czasie zostaną zastąpione przez te właściwe. Zatem czemu się Pan dziwi? Będą nowe pomniki, nowe mauzolea, w końcu nowa ludność i inny język. Tak będzie, czy się to nam podoba, czy nie.
Przecież od dawna Wrocław jest już częścią Niemiec, dziwne, że Pan nie zauważył. Konkretnie od momentu przechrzczenia Hali Ludowej na "stulecia". Jest już w mieście Pasaż Adolfa, ulice Heinricha, Hansa, a wkrótce też Hermanna. Nazwiska dodano tylko dla zmyłki, zapewniam Pana, a w odpowiednim czasie zostaną zastąpione przez te właściwe. Zatem czemu się Pan dziwi? Będą nowe pomniki, nowe mauzolea, w końcu nowa ludność i inny język. Tak będzie, czy się to nam podoba, czy nie.