Zgodnie z przewidywaniami, była to chyba jednak rekonstrukcja w stylu „malujemy fasadę, choć tynk odpada i fundamenty gniją". I nie bez podstaw niektórzy się zastanawiają, „czy w powołaniu się przez Donalda Tuska na Hernána Cortésa, który mordował rdzennych mieszkańców Ameryki i zniszczył ich kulturę, jest jakiś głębszy sens?". Czy może jednak to jakiś element nowego programu? Nikt też raczej nie spodziewał się, by w tych zmianach znalazło się miejsce dla Grzegorza Schetyny, a przecież w tej chwili to jedyny polityk, który jest w stanie przywrócić PO na właściwe tory. Wiele też wskazuje, że jesienią obecny premier może wstrząsnąć swoją partią na Dolnym Śląsku.
Podobno prawie wszyscy czekali na rekonstrukcję polskiego rządu. Choć niżej podpisany zalicza się do tego grona „prawie". Co gorsza, musieli poczekać dość długo. Z wielu powodów, o których chyba już nie warto wspominać. Stało się, co się musiało stać. Czyli góra nawet nie urodziła myszy, a jakąś mróweczkę. Dużo przypadkowych nazwisk, co pokazuje, że premier Donald Tusk nie ma już zbyt wielu sensownych żołnierzy wokół siebie. Poza tym związany jest umową z koalicjantami, którzy mają jeszcze gorzej. Może z wyjątkiem PSL-u, ale to partia, która zawsze jest gotowa do każdej rekonstrukcji.
Najgorzej oczywiście wypada Polska 2050, która od początku prezentuje bardzo przypadkowych kandydatów – w każdych wyborach. Najlepiej obrazuje to zamieszanie z obsadą ministerstwa kultury. Szymon Hołownia wskazał dolnośląską posłankę, która dolnośląska stała się też z przypadku, Aleksandrę Leo. Ale pani poseł odmówiła w ostatniej chwili. Rzekomo z powodów rodzinnych. Nie mam podstaw by to kwestionować. Tylko podobno poszło o coś innego. Jej partyjna koleżanka, która do tej pory była wiceministrem w tym resorcie, przekonała Leo, że nie da sobie rady... I sama została ministrem, ministerką, ministrą, ministrzynią – Państwo sobie wybiorą odpowiednią formę. Tak po prostu wygląda polityka. Gdyby ktoś z Państwa tego jeszcze nie wiedział.
Zresztą Aleksandra Leo nie słynie ze skuteczności. Po ostatnich wyborach samorządowych, jako lokalna liderka Trzeciej Drogi, miała z posłem PO, Michałem Jarosem, zbudować koalicję w sejmiku i w jej wyniku uczynić Jarosa marszałkiem Dolnego Śląska. Inni to rozegrali lepiej.
Przy rekonstrukcji okazało się też, że słabnie znaczenie w centrali PO innego wałbrzyskiego posła, który z powodów polityczno-matematycznych ostatnio startował z Opola, Tomasza Siemoniaka. Ten niedawny minister spraw wewnętrznych i administracji musiał swoje stanowisko oddać sekretarzowi generalnemu PO Marcinowi Kierwińskiemu.
Czy to tylko oddanie Kierwińskiemu dawnego miejsca, bo przypomnijmy, że na początku kadencji sprawował tę funkcję zanim dostał się do Parlamentu Europejskiego, a potem wrócił, żeby zrobić porządki po powodzi? Czy przesunięcie Siemoniaka to element większej całości, czyli minimalizowanie wpływów samorządowej frakcji Rafała Trzaskowskiego, który po raz kolejny nie spełnił nadziei Tuska na pokonanie drużyny Jarosława Kaczyńskiego?
A jak wiadomo z Siemoniakiem bardzo blisko związany jest prezydent Wałbrzycha Roman Szełemej, walczący o rząd dusz w dolnośląskiej PO z Michałem Jarosem. Zresztą Szełemej też był wymieniany przy rekonstrukcji. Tylko nieco z automatu, a nie jako bardzo realna propozycja na nowego ministra zdrowia. Z Szełemejem to trochę jak z obsadą posady trenera reprezentacji Polski w piłce nożnej czyli z Markiem Papszunem. Zawsze jest kandydatem. Na marszałka, wojewodę czy ministra zdrowia. I tylko tyle. Poza tym Donald Tusk mógł się przestraszyć stachanowskiego podejścia prezydenta Wałbrzycha do pracy. Ten bowiem zawsze deklarował, ze nie ma problemu z godzeniem pracy na tak ważnym stanowisku z byciem ordynatorem w szpitalu. A gdyby tak jeszcze równolegle był ministrem zdrowia?! Takiego dopingu to nawet w NRD nie wymyślili, by to wszystko wytrzymać.
Według przeróżnych spekulacji, w całym rządzie mają jeszcze ocaleć dwaj wiceministrowie z Dolnego Śląska: wspomniany Michał Jaros, choć w czwartek nie było wiadomo w którym resorcie, i legniczanin Robert Kropiwnicki - nadal przy aktywach państwowych. Ten pierwszy nadal jako nagroda pocieszania po braku poparcia jako kandydat na prezydenta Wrocławia. A ten drugi? Nikt bardzo nie wie dlaczego, ponieważ praktycznie od słynnej afery Arleg w 2014 roku, co rusz, jego nazwisko pojawia się w kontekście afer czy pewnych niejasności.
I teraz dochodzimy do nazwiska, które w poważnych rozważaniach o podziale stanowisk nie pojawia się przynajmniej od pięciu lat, gdy postanowił już nie kandydować na szefa PO. Mowa oczywiście o Grzegorzu Schetynie, z którym jeszcze niedawno bardzo blisko byli związani zarówno Kropiwnicki i Siemoniak. Ten drugi był nawet wysuwany przez Schetynę jak jego następca na fotelu szefa Platformy. Może właśnie i dlatego nigdy wałbrzyszanin nie dostąpi zaszczytu bycia w najbliższym kręgu Donalda Tuska.
Bo tak naprawdę to Schetyna był autorem wielkiego sukcesu partii w 2007 roku i to głównie dzięki niemu Tusk pierwszy raz został premierem. Ale dwa lata później wybuchła afera hazardowa i choć Schetynie nic nie udowodniono to razem z kilkoma innymi politykami, zamieszanymi w tamte wydarzenia, podał się dymisji. Sprawa bardzo przestraszyła ówczesnego i obecnego premiera, ponieważ organy ścigania były już bardzo blisko Tuska. To właśnie od tamtego momentu Donald Tusk się zastanawia kogo bardziej nie lubi: Schetynę czy Jarosława Kaczyńskiego, którego ludzie postanowili wykorzystać owe wydarzenia przeciwko liderowi PO.
Cały tragizm obecnej sytuacji premiera polega na tym, że przy obecnych zawirowaniach politycznych tylko taki człowiek jak Grzegorz Schetyna dałby szansę na stabilną pozycję partii i względny spokój w jej strukturach, a przez to dłuższe utrzymanie się przy władzy. Ponieważ młodsze pokolenie „partyjnych ekonomów" w osobach Marcina Kierwińskiego czy Jana Grabca się nie sprawdza.
Oczywiście przy powrocie Schetyny do centrali cześć działaczy od Trzaskowskiego, może nawet i on sam, odeszliby do nowej politycznej inicjatywa tworzonej przez senatora Wadima Tyszkiewicza. Ale chyba z korzyścią dla PO. Tych zmiennych oczywiście jest więcej, jak na przykład Radosław Sikorski czy Roman Giertych, ale odpuśćmy zagłębianie się w szczegóły.
Bowiem jest jeszcze jeden ważny aspekt. W ostatnich 30 latach żaden polityk nie uczynił tyle dobrego dla Wrocławia co Grzegorz Schetyna, będący u władzy w Warszawie.
Bo wbrew powszechnemu mniemaniu i dobremu marketingowi prezydenta Rafała Dutkiewicza, który przypisywał sobie te zasługi, to będący wówczas wicepremierem czy ministrem Schetyna załatwił dla Wrocławia Euro 2012, a przez to i szybsze wybudowanie Autostradowej Obwodnicy Wrocławia czy remontu dworca. Że o kilku innych mniejszych inwestycjach już nie wspomnę. I nawet jak mieliśmy ostatnio premiera z naszego miasta, Mateusza Morawieckiego, to nigdy już państwo tak serdecznie nie patrzyło na Wrocław. Oczywiście to wyłącznie sprawa Platformy, żeby rozważyć na ile Schetyna już się uspokoił biznesowo i żadnej afery nie sprokuruje i czy jego motto „zniszczę cię" przyniesie więcej szkód czy jednak zysków. Ale obiektywnie patrząc od ponad 20 lat lepszego zawodnika nie mieli... Osobiście nikomu nie zazdroszczę, kto taką decyzję musiałby podjąć.
No i ostatnia kwestia, która sprawy nie ułatwia. Co będzie z PO jesienią? Donald Tusk już zapowiedział wchłonięcie przystawek i prawdopodobną zmianę nazwy na Koalicję Obywatelską. Pytanie czy zmianie ulegnie tylko nazwa? Będzie to przecież okazja, by też przewietrzyć statut. Na przykład ze zmianą systemu wyborczego władz. Bo jeśli pozostanie nadal wybieranie szefów regionów przez koła terenowe, to Michał Jaros jest nie do ruszenia. Dość skutecznie ma to podobno zorganizowane „pod siebie". Ale czy jednak Tusk przy tej okazji nie będzie chciał lekko namieszać w układach i układzikach? Znam już dwóch polityków spoza obecnej PO, którzy bardzo chętnie wystartują na szefa regionu w odmienionej partii.
A Donald Tusk chyba idzie na maksa. Jak przyjrzeć się ostatniemu wystąpieniu premiera, przy prezentacji nowej Rady Ministrów, to widać, że determinacja premiera posunięta jest do granic. Chodzi o słowa, o których wspomniał Szymon Jadczak, dziennikarz Wirtualnej Polski: Nie mogę przestać o tym myśleć: czy w powołaniu się dziś przez Donalda Tuska na Hernána Cortésa, który mordował rdzennych mieszkańców Ameryki i zniszczył ich kulturę, jest jakiś głębszy sens?
A chodzi o te słowa Donalda Tuska: To nie jest łatwy czas. Okręty spalone, zostawiliśmy je na plaży i tak jak kiedyś Cortés idziemy wyłącznie do przodu.
Nie chciałbym posunąć się za daleko w porównaniach, ale tylko przypomnę, że ów wspomniany Hernán Cortés, XVI-wieczny hiszpański konkwistador, nigdy pokojowej Nagrody Nobla by nie dostał, a liczba jego ofiar przy zdobywaniu terenów Azteków szła w tysiące.
No i przypomniały mi się czasy, gdy byłem dużo młodszym młodzieńcem niż obecnie i wtedy z kolegą zaczytywaliśmy się w trudnej do zdobycia książce, której autorem był podwładny słynnego konkwistadora Bernal Diaz del Castillo, a nosiła ona tytuł Pamiętnik żołnierza Korteza.
I tam są zapisane słowa Cortésa , wypowiedziane kilka godzin przed ucieczką z azteckiej stolicy, które wydają się być mottem nie tylko obecnej ekipy rządzącej, ale i kilku poprzednich. Może po prostu Donald Tusk chciał przy rekonstrukcji rządu dokonać swoistego coming outu:
„Poświadczcie mi, że nie w mej mocy dłużej strzec tego skarbu. W tym budynku i komnacie mamy ponad siedemset tysięcy pesos złotych, a jak widzicie, nie można tego ważyć i ukryć. Ponieważ musi to zostać, niech żołnierze czerpią z tego, ile chcą zamiast żeby miało to pozostać dla tych psów".
Także ja jednak nadal czekam na trochę inną rekonstrukcję. Która wreszcie nie będzie prowadziła do totalnej destrukcji.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze