Nie udało się na przełomie zimy i wiosny, spróbują, gdy dżdżysta jesień spowije Wrocław. Aktywiści zgrupowani pod szyldem SOS Wrocław, wspierani nieoficjalnie przez Michała Jarosa lidera PO w regionie i oficjalnie przez Konfederację, znów spróbują zorganizować referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta. I jeszcze sami zechcą się też odwołać, bo tym razem w pakiecie do pożegnania będzie Rada Miasta. A jak wiadomo, w gronie tych aktywistów jest trzech rajców. Upór godny Marcina Najmana, który uważa się za boksera, a na ring wchodzi głównie po to, by zebrać kolejne bęcki. Ale wolny kraj, więc oczywiście można.
„Ceterum censeo Karthaginem delendam esse" (Poza tym uważam, że Kartaginę należy zniszczyć) – głosił przed ponad 2300 laty Kato Starszy, nieprzejednany wróg Kartaginy, i tym zdaniem kończył wszystkie przemówienia w senacie rzymskim podczas wojen punickich, gdy Rzymianie toczyli walką o dominację nad Afryką północną
Potem, na przełomie XX i XXI wieku, Andrzej Lepper, lider Samoobrony, prawie każdą swoją wypowiedź sejmową kończył „Balcerowicz musi odejść”.
Teraz wrocławski radny Piotr Uhle, niedawny jeszcze koalicjant Jacka Sutryka, co kilka miesięcy będzie powtarzał: zróbmy sobie referendum w sprawie odwołania prezydenta Wrocławia.
Przypomnijmy, że na początku roku wspomniany Piotr Uhle i jego stowarzyszenie SOS Wrocław już zbierali podpisy, by odwołać Jacka Sutryka. Jednak w marcu okazało się, że komitetowi referendalnemu nie udało się zebrać na czas wymaganych 46646 podpisów. Zabrakło ich ponad 11 tysięcy.
Teraz radny klubu Naprawmy Przyszłość, a wybrany z listy Koalicji Obywatelskiej współpracującej z prezydentem Jackiem Sutrykiem, zapowiedział, że ruszają przygotowania do kolejnego referendum. Tym razem w planach odwołanie nie tylko samego prezydenta, ale i Rady Miejskiej Wrocławia, w której przecież zasiada Uhle i jego dwóch klubowych towarzyszy, też zaangażowanych w owe akcje.
Zakładając, że jakimś cudem, a chyba tylko w tych kategoriach trzeba rozważać skuteczność referendum, to przedsięwzięcie się powiedzie, to ciekawe z jakich list teraz owa trójka wystartuje? Bo wiadomo, że po odwołaniu trzeba wybrać nową radę. Jako lista SOS Wrocław raczej szans na dostanie się do ratusza nie mają… Wygląda na to, że tak śmiało podejmują kolejną próbę, bo tutaj jest chyba wsparcie innego „sosu”. Przecież już od miesięcy, choć bardzo nieoficjalnie, Michał Jaros, lider dolnośląskiej Platformy Obywatelskiej, wspominał, że jesienią to chyba musi się za to wziąć. Po pierwsze wiadomo, że nie może się pogodzić z przegraniem batalii o nominację swojej partii w wyborach na prezydenta Wrocławia. W 2023 roku Donald Tusk ostatecznie poparł Jacka Sutryka. Potem miał problemy z podpisaniem, w imieniu PO, umowy koalicyjnej z wybranym prezydentem miasta i twierdzi, że jej nie podpisał, choć podobno coś tam jednak podpisał.
W efekcie jest duże pękniecie w Platformie i radni miejscy z jego frakcji kontestują działania prezydenta, wstrzymując się od głosowania lub nawet głosując przeciw. W tym samym czasie, radni skupieni wokół wiceprezydent Renaty Granowskiej, szefowej wrocławskiej PO, ściśle współpracują z Jackiem Sutrykiem. A klub Koalicji Obywatelskiej wciąż jest jeden... Pamiętajmy, że nieco później owe ruchy frakcyjne (proszę czytać dokładnie, nie ma tu żadnej literówki) również odbiły się czkawką Jarosowi. Przeżył szok, gdy będąc pewnym, że wybiorą go na marszałka województwa dolnośląskiego, doznał kolejnej porażki. Przeciw niemu zagłosowała właśnie część jego partii…
Wychodzi na to, że SOS Wrocław i Michał Jaros mają na swoim koncie prawie tyle samo porażek, co słynny celebryta Marcin Najman, udający boksera lub wojownika MMA, który co wejdzie do ringu, to dostaje baty. Ludzie już się śmieją, że Nejman nawet boi się wejść do parku, bo jest zagrożenie że pierwsza napotkana wiewiórka go znokautuje.
A tu w przypadku Wrocławia porażki cementują, choć oczywiście Michał Jaros, który od miesięcy jest wiceministrem, raczej oficjalnie się chyba nie przyzna do wspierania akcji. Natomiast nie jest tajemnicą, że jego ludzie już przy pierwszej próbie referendalnej zaangażowali się w zbieranie podpisów. Teraz to już nawet padło, że „będą z dużym zainteresowaniem przyglądać się tym działaniom”.
Zresztą obie strony już nie kryją wzajemnych sympatii. Po pierwsze pamiętajmy, że jakiś czas temu Piotr Uhle i Michał Jaros dość blisko ze sobą pracowali. Podczas ostatnich wyborów, co już zostało wspomniane, Uhle także startował z list KO. A zupełnie niedawno na stronach SOS Wrocław można było przeczytać, że atakowany przez bezlitosnych przeciwników Jaros wyszedł obronną ręką przy rekonstrukcji rządu:
„Jaros, choć o jego dokonaniach jako wiceministra mieszkańcy Wrocławia mogą mieć wiedzę w najlepszym wypadku ograniczoną, przechodzi do wzmocnionego turboministerstwa. To oznacza bliższy kontakt z otoczeniem Donalda Tuska, rozszerzoną odpowiedzialność i portfel kompetencji. Na wieść o braku odwołania Jarosa z pewnością wiele butelek z szampanem zostało włożonych z powrotem do lodówki. Ale tam nadal się chłodzą i czekają na swój czas, bo lider najsilniejszej w regionie formacji politycznej pozwala poniżać swój zarząd wojewódzki miejskim radnym z Wrocławia związanym z Renatą Granowską”.
Jednym słowem dwa „sosy” już nie ukrywają, że są w jednym garnku.
Jakimś ziarnkiem pieprzu, trudnym do przełknięcia, dla wiceministra z Wrocławia, może być fakt, że referendum bardzo już oficjalnie popiera też Konfederacja. Formacja Krzysztofa Bosaka i Sławomira Mentzena szuka miejsca na Ziemi po niezłym wyniku tego drugiego w ostatnich wyborach prezydenta RP. Mają jednak problem z pomysłem na konsumpcję tego dobrego wyniku. Chyba do nich nie dotarło, że te kilkanaście procent poparcia, to nie jest jednak żelazny elektorat owej formacji. Że głosują na nich poszukujący, którzy wiedzą, że na pewno mają dość PO, PiS i postsowieckiej Lewicy. Dlatego tak krążą między Hołownią, Zandbergiem i Konfederacją. A najlepszym dowodem na powyższe była mierna frekwencja na spotkaniu ze Sławomirem Mentzenem, które odbyło się w ostatni weekend we Wrocławiu. Tak naprawdę można było je zorganizować w każdym osiedlowym sklepiku. Taki był „tłum”.
A ponieważ działacze KO czy też PO (to się niedługo ujednolici), zwykli o Konfederacji mówić per „faszyści” czy też „putinowcy”, to można przewidywać, że Michał Jaros się nie ujawni.
Nie jest też tajemnicą, że aktywistów do kolejnej próby ośmieliło majowe referendum w Zabrzu. Tam udało się odwołać panią prezydent, choć radę miasta już nie. A potem wybrano nowego prezydenta. Problemem jawi się jednak frekwencja. W wyborach wzięło udział tylko nieco ponad 27 procent uprawnionych…
Czyli Zabrze pokazuje, że to po prostu zabawa dla elitarnego grona. Ponad sto lat temu powiedziano by, że dla „mienszewików”.
Mieszkańcy naprawdę, co już pokazali na wiosnę też we Wrocławiu, nie chcą co pięć minut chodzić do urn. Raz wybrali i chcą mieć święty spokój. Czy nam się to podoba czy nie.
A sytuacja z panami Piotrem Uhle i Michałem Jarosem przypomniała mi jako żywo scenę z sienkiewiczowskiego „Ogniem i mieczem”, gdy Zagłoba wyzwał na pojedynek Bohuna, ale jednak jako pierwszemu kazał walczyć Wołodyjowskiemu:
- Na miłość Boską, panie Michale, starajże się! W twojem teraz ręku los Skrzetuskiego, wolność kniaziówny, twoje własne życie i moje, bo broń Boże na ciebie przygody, ja sobie z tym zbójem nie dam rady.
- To czemuś go waść wyzywał?
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze