Reklama

To PiS winny jest kompromitacji przy wyborach w KO na Dolnym Śląsku? A „kibole” w radzie miasta to przypadek szwagra na imieninach

Wiedzą coś Państwo o wyniku wyborów na szefa dolnośląskiej Koalicji Obywatelskiej? Po totalnej kompromitacji cisza, że aż boli. Z jednej strony wicemarszałek Monika Wielichowska, która złożyła protest po przegraniu 6 głosami, zachowuje się jakby trwała kampania wyborcza. Jeszcze nigdy tak intensywnie nie podróżowała po regionie. A wygrany i wyluzowany wiceminister Michał Jaros w delegacji w swojej ulubionej Azji. Czyżby Donald Tusk zastanawiał się jak za ten bałagan we Wrocławiu obciążyć Jarosława Kaczyńskiego lub Karola Nawrockiego i wskazać, że w ten sposób dążą oni do polexitu? W sumie może być, bo wtedy Komisja Europejska nie zajmie się wojną religijną o Śląsk Wrocław…

Sprawami Śląska Wrocław nie zajmuję się od dawna. Z miliona powodów, a głównie dlatego, że mało kiedy są to sprawy oparte na „szkiełku i oku”, a głównie na emocjach. Ostatnio to właściwie już doszło do prawdziwej wojny religijnej. Chodzi  oczywiście o mecz z Wisłą Kraków, który nie doszedł do skutku, ponieważ wrocławski klub zdecydował się nie wpuszczać na stadion kibiców spod Wawelu. I naprawdę omijam wszelkie argumenty, oblegi, inwektywy i inne szczegóły. Na chwilę natomiast moją uwagę przyciągnęło zaangażowanie wrocławskich radnych z opozycji, którzy zawsze gardłowali, że tylko prywatyzacja, koniec dokładania do klubu z kasy miejskiej i tak dalej. Ale tym razem postanowili mocno stanąć w obronie Śląska w myśl zasady, którą papież Urban II uznał jako hasło przewodnie pierwszej wojny krzyżowej w 1095 roku: „Bóg tak chce”.

Z tej kakofonii głosów na temat „umierania za Śląsk” ostatnio przyciągnęła moją uwagę jedna opinia napisana przez radnego Andrzeja Kilijanka, nadal z klubu PiS ( choć odgrażał się, że już niedługo), który latami opowiadał jak to trzeba przestać finansować ten klub. Otóż ten niedoszły kandydat swojej formacji na prezydenta miasta, w pewnym momencie zauważył : „Jak teraz mają problemy finansowe, to może ich po prostu nie stać na ekstraklasę. Stąd sabotaż prezesa Wisły”.

Reklama

Panie radny, a Wrocław stać? Rozumiem, że w takim wypadku, choć w zasadzie jest pan przeciw, to zagłosuje pan, jak uczynili to pańscy koledzy z klubu, za przyznaniem dodatkowych pieniędzy z kasy miasta na ten cel? Czy ja się mylę, czy to jest taka polityka w stylu „szwagra na weselu”, który bryluje całą noc z odważnymi poglądami, a gdy nadejdzie jasność i codzienność, to lepiej się nie wychylać?

A wracając do istoty ostatniego sporu z Wisłą. Trudno, zaryzykuję wmieszanie się w tę krucjatę. Najwyżej spotka mnie los niewiernego - żołnierza wojsk którym dowodził Ridwan ibn Tutush z Aleppo, a którego to niewiernego dzielny rycerz Gotfryd de Bouillon, w bitwie przy Żelaznym Moście podczas pierwszej krucjaty,  przeciął na pół. W naszym przypadku zaczęło się od tego, że Śląsk Wrocław  nie chciał wpuścić kibiców z Krakowa, ponieważ nie był w stanie zapewnić bezpieczeństwa podczas imprezy. Już słynny dziejopis Wincenty Kadłubek odnotował, że gdy w dawnych czasach strażacy z OSP nie byli w stanie zapewnić porządku i bezpieczeństwa w remizie podczas wizyty gości ze sztachetami z sąsiedniej gromady, to Milicja Obywatelska nie wyrażała zgody na organizację takiej potańcówki. Proste. A co dopiero gdy  mówimy o wielkim widowisku piłkarskim w XXI wieku?

Reklama

Ufff… Odważnie poszedłem? Niczym wiceminister Michał Jaros, który kilka dni przed wyborami na szefa KO na Dolnym Śląsku, w jakimś wystąpieniu fachowo orzekł: wara od Śląska!

Trzeba doceniać kompetentne zajęcie się problemem przedstawiciela polskiego rządu. Tak naprawdę to jeszcze tylko mi zabrakło, by do prezesa Wisły Kraków rzucił krótkie: siad!

Od ponad tygodnia część działaczy Koalicji Obywatelskiej czeka też na kompetentne zajęcie się wyborami szefa tej partii w regionie, które po wielkim zamieszaniu  i po kilkunastogodzinnym liczeniu sześcioma głosami wygrał wspomniany Michał Jaros. Pokonując faworyzowaną wicemarszałek Sejmu Monikę Wielichowską. Wielichowska jednak złożyła protest zarzucając brak tajności w głosowaniu, wpływanie na wybór kandydatów czy jawną agitację w lokalach wyborczych na rzecz jej kontrkandydata. A wyjaśnijmy, że za organizację głosowania odpowiadał Jaros, który był szefem regionalnym partii w poprzedniej kadencji.

Reklama

Protest poszedł, odzewu nie słychać. Złośliwi twierdzą, że Donald Tusk kombinuje jakby tu bałaganem na Dolnym Śląsku obciążyć Jarosława Kaczyńskiego lub brak pieniędzy z SAFE, które zawetował prezydent Karol Nawrocki. Bo w ramach tych opcji realizuje wszystko inne. Podobnie jak prezes PiS miał przez lata swoich rządów motto „wina Tuska”. Po prostu panowie, których nikt nie potrafi usunąć z polityki, tak bawią się naszym krajem. Choć wszystko oczywiście pod płaszczykiem miłości do ojczyzny i dobra Polski. Teraz w narracji premiera i jego akolitów pojawiło się jeszcze inne hasło: kto nie jest z nami, ten chce polexitu… Robią to tak intensywnie i skutecznie, że nawet kilku moich znajomych, którzy w życiu nie pomyśleliby o wyjściu z Unii Europejskiej, podobnie jak nigdy nie wpadli na to, że ich żony nie mają racji, że nawet zaczęli zadawać pytania, a może bez tej Unii byłoby lepiej… W sprawie żon zdania nie zmienili. Zresztą niewykluczone, że i sam Tusk dojdzie do tego polexitu. Przecież zmieniał już zdanie nie rzadziej niż jego bliski współpracownik Roman Giertych. Kiedyś premier, gdy nie był premierem, imigrantów chciał przytulać do serca, teraz ich wyrzuca i nie wpuszcza. Kilka lat temu jego środowisko mocno atakowało polskich żołnierzy, teraz bronią ich przed Nawrockim. Dużo by jeszcze wymieniać. A ostatnio, jak  z entuzjazmem podało polskieradio24, premier Donald Tusk stwierdził, że Polska rozwija się dwa razy szybciej niż reszta UE i dodał: „Zazdroszczą nam Europejczycy i Amerykanie."

Czyżby to  był sygnał, że Unia jest dla nas obciążeniem? My tak szybko przemy do przodu, a reszta jak kula u nogi… Jeszcze niedługo zaleje nas fala imigracji z biednych Włoch, ubogiej Francji czy ledwo ciągnącej Skandynawii. Więc może jednak i sam premier ten polexit w końcu zaproponuje? Dla Wrocławia to może być nawet z korzyścią, bo prezes Wisły zapowiada skargę do Komisji Europejskiej. A gdy nas tam już nie będzie, to wtedy to mogą nam…

Reklama

Dobrze, wróćmy do tych wyborów w KO. Część zrezygnowanych działaczy uważa, że sprawa jest przyklepana i nikt w centrali nie chce wracać do tej kompromitacji. Świadczą o tym choćby słowa Moniki Włodarczyk, szefowej sejmikowego klubu KO: „Wewnątrzpartyjne wybory są jak rodzinne święta – czasem są emocje, czasem dyskusje, ale na końcu wszyscy wracają do wspólnego stołu. Ten temat w Koalicja Obywatelska mamy już za sobą”. A mówi to działaczka, która raczej nie głosowała na Michała Jarosa.

Tylko jest jeden problem, na który zwracają uwagę zarówno obserwatorzy i jak i działacze, którzy zastanawiają się czy tak mają wyglądać wybory w partii  uważającej się za politycznie dojrzałą i iście europejską? A to co było w poprzednią niedzielę, to były: „rodzinne święta” jak impreza u niejakiego Zdzisława Dyrmana z „Misia” Stanisław Barei. Tego Zdzisława, którego żona spała w ramionach Stanisława Palucha, w brudnej pościeli, gdy Dyrman drzemał obok flaszki na stole, a gdy pojawili się goście została zaprezentowana: Panowie pozwolą… moja żona… Zofia!!!

Reklama

Inny lider wrocławskiej KO Bogdan Zdrojewski orzekł, czyli można rozumieć, że rozstrzygnięcia jeszcze nie ma: „ja bym powtórzył wybory”. Problem z byłym prezydentem Wrocławia polega jednak na tym, że w partii nikt go nie słucha.

Najbardziej jednak zastanawiająca jest niezwykła w ostatnich dniach aktywność Moniki Wielichowskiej, która odwiedza wszystkie zakątki Dolnego Śląska.  Jakby realizowała kampanię wyborczą, której zbyt dokładnie nie zrobiła przed wyborami 8 marca.  I czyni to w czasie, gdy zadowolony ze zwycięstwa Michał Jaros udał się w ministerialną delegację na swój ulubiony Tajwan.

Reklama

Zakładając, że Wielichowska to była kandydatura wspierana przez Donalda Tuska, to może jednak coś wicemarszałek wie, czego nie zdradzono Jarosowi?

- Podobno zupełnie niedawno Jarosowi nawet ręki nie podała – doniósł mi uprzejmie jeden z działaczy partii, która jeszcze niedawno nazywała się Platforma Obywatelska.

Choć nikt jeszcze nie wspomina, że doszło już do napięcia jakie buzowało w 1995 roku przed pierwszą w Polsce debatą prezydencką między Aleksandrem Kwaśniewskim i Lechem Wałęsą, kiedy Wałęsa w odpowiedzi na podanie ręki przez Kwaśniewskiego odpowiedział: "Panu to ja mogę nogę podać".

Reklama

I po tym chyba poznamy, że proces wyborczy się zakończył - co kto komu poda. A gdyby pani marszałek miała nadal z tym problem, to premier pokazał, gdy nie mógł zdobyć się na pogratulowanie Karlowi Nawrockiemu zwycięstwa,  jak można próbować ominąć nielubianego konkurenta: „Pragnę podziękować za udział w głosowaniu. Jakbyśmy nie oceniali zwycięskiego kandydata, należy uznać jego wygraną i pogratulować jego wyborcom”. 

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 20/03/2026 07:56
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo tuWroclaw.com




Reklama
Najnowsze wiadomości