Reklama

W te dni Polska jest jeszcze większa niż za Jagiellonów, a Wrocław także niemiecki... Tylko w polityce coraz większy halloween


W tym roku święto duchów i zombie w polityce wypadło trochę wcześniej, bo już w ostatni weekend dwie największe partie zrobiły swoje konwencje czy kongresy, na których cofnęliśmy się znacząco w czasie. Gdzieś do 1948 roku. Obie imprezy odbyły się w duchu nihil novi, czyli notoryczne odgrzewanie przypalonych kotletek i kotletów. Przez co coraz więcej ludzi, nie tylko tych wspierających Konfederację wierzy, iż tylko odsunięcie od władzy POPiS-u daje szansę, że to państwo nie będzie z tektury. A w ten weekend nadchodzi czas prawdziwej zadumy i ciekawy jestem, czy któreś środowisko oprotestuje, gdy komuś przyjdzie do głowy we Wrocławiu zapalić znicz na grobie, na którym będą napisy w języku Goethego?


Mam defekt. Różne rzeczy jakoś mi się kojarzą i wcale nie z jednym, co zapewne chcieliby dodać ci, co mnie lubią. Przejdźmy konkretnie na grunt polityczny. Poprzedni weekend pełen był głośnych wydarzeń politycznych na polskiej scenie partyjnej.

Prawo i Sprawiedliwość zaczęło kampanię przed wyborami, które najpóźniej odbędą się w 2027 roku, ale nie jest wykluczone, że wcześniej. W Katowicach odbyła się konwencja programowa tej partii złożona z ponad 120 paneli dyskusyjnych, w których wzięło udział ponad 600 osób.

Reklama

I co z tego? Wystarczyła jedna osoba, by wszystko poszło w piach. Nie wspominając tego, co wydarzyło się potem, ale o tym nieco później. Mowa oczywiście o byłym szefie TVP Jarosławie Kurskim, który z telewizji publicznej zrobił karykaturę medialną. Jak twierdzą wtajemniczeni, to głównie przez niego, przez jego sposób prezentowania rzeczywistości, PiS straciło władzę w ostatnich wyborach. Ale prezes w swoim pokrętnym umyśle ma dla niego miejsce w każdej konfiguracji i tak ogromne przedsięwzięcie pozwolił sprowadzić do dyskusji o jednym człowieku. Co oczywiście było do przewidzenia, o czym nawet gorąco dyskutowano w samy PiS-ie. Tylko, że nadal obowiązuje dogmat o nieomylności Jarosława Kaczyńskiego i nie ma odważnego, który powiedziałby to głośno.

Przez to nawet za bardzo nie wybrzmiały inne propozycje. Jak choćby 100 tysięcy za trzecie dziecko. Moim zdaniem stanowczo za mało, ponieważ Donald Tusk spokojnie już niedługo przebije na 150 tysięcy. A gdyby tak zaproponować milion? Wtedy do rywalizacji mogłoby zgłosić się już tylko Lotto. Też nie da rady… W tym drugim przypadku trzeba skreślić ileś tam liczb, wydać kupę kasy i szanse niewielkie. A przy wyborach wypełniasz tylko jedną kratkę przy nazwie „Prawo i Sprawiedliwość” i sto „tysi” wpada do kieszeni. Bo zaraz się okaże, że wcale nie za trzecie a za każde. Za czwarte to już proponowałbym mieszkanie, a za piąte podpiwniczony domek jednorodzinny, bo gdzieś ta dziatwa musi się podziać…

Reklama

Ale nawet 100 tysięcy nie dotarło do narodu. Dotarł Kurski. I zaraz potem Robert Telus, ale o nim jeszcze za chwilę.

Natomiast Donald Tusk przygotował zapowiadany od dawna kongres zjednoczeniowy, czyli uśmiercenie Platformy Obywatelskiej. PO połączyła siły z Nowoczesną i Inicjatywą Polską. Nazywając rzecz po imieniu wchłonęła. Bo o ile Nowoczesna jeszcze istniała w jakiejś szczątkowej formie i nawet we Wrocławiu miała kilku członków to z Inicjatywą Barbary Nowackiej był już problem. Niedawno w rozmowie zdradził ten problem jeden z dolnośląskich liderów pytając: Redaktorze, zna pan kogoś z tego ugrupowania u nas, bo mamy dać jedno miejsce przedstawicielowi tej partii w zarządzie regionalnym Koalicji Obywatelskiej jeszcze przed wyborami, ale nie wiemy komu…

Reklama

Gdy zapytać ludzi w terenie czemu służy ta akcja zjednoczeniowa, nikt za bardzo nie wie. Czasami pada w żartach, że może to był  sposób, by Nowoczesna, której przewodził rzecznik rządu Adam Szłapka, nie musiała spłacać milionowych długów.

No to teraz o skojarzeniach. Im bardziej przyglądałem się owemu procesowi zjednoczenia, tym bardziej wiedziałem, że dzieje się coś wbrew temu co śpiewała Maryla Rodowicz: „Ale to już było i nie wróci więcej”. Jak nie wróci, jak wróciło. Wrzuciłem do wyszukiwarki hasło „kongres zjednoczeniowy” i to wyszło jako pierwsze:

Reklama

„Kongres Zjednoczeniowy to nazwa konferencji, która odbyła się w dniach 15–21 grudnia 1948 roku w Warszawie i zakończyła się powstaniem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR). Był to proces połączenia (wchłonięcia) Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) przez Polską Partię Robotniczą (PPR) pod dyktando komunistów”.

Wszystko się zgadza, poza datą i nazwami oczywiście. 

To zapewne nie koniec powrotów, ponieważ nasz płodozmian polityczno-partyjny jest w zaawansowanej fazie zastoju.

Kolejny przykład. Złotousty europoseł Bogdan Zdrojewski, który jakoś dziwnie nadal nie wypowiedział się w sprawie wyrzucenia z PO wiceprezydent Renaty Granowskiej, a blisko z nią współpracował przy sprawach za którą Granowską wyrzucono, z troską pochylił się nad naszym biednym krajem, niczym książę z „Lalki” Bolesława Prusa:   

Reklama

- Martwię się o kondycję państwa polskiego - wdycha Zdrojewski. - W Parlamencie Europejskim niemal na każdej sesji rozpatrujemy wnioski o uchylenie immunitetu politykom PiS. Skala zarzutów – zwłaszcza wobec Zbigniewa Ziobry – jest bez precedensu w Europie. To smutny obraz państwa po latach ich rządów.

Jeśli to pana uspokoi, to spieszę wyjaśnić, że to nic nadzwyczajnego. Wystarczy, że kolejne wybory do Parlamentu Europejskiego wygrają prawicowe ugrupowania, a w Polsce parlamentarne PiS z Konfederacją, to będą kolejne precedensy, choć nazwiska trochę inne.

Reklama

Dowodem na to choćby akt oskarżenia jaki właśnie przedstawiono posłowi Prawa i Sprawiedliwości Dariuszowi Mateckiemu, którego moim zdaniem już dawno nie powinno być w polityce. Ale mamy demokrację i nic na to nie poradzę. Mateckiego akt oskarżenia obejmuje ”nieprawidłowości przy organizacji trzech konkursów Funduszu Sprawiedliwości, które od początku były przeprowadzane w sposób zapewniający przyznanie wielomilionowych dotacji dwóm z góry wskazanym stowarzyszeniom”. Zamiast Fundusz Sprawiedliwości wystarczy wstawić kropki i po zmianie ekipy rządzącej wzór gotowy. Zarówno poprzednie rządy PO i jak obecne wyraźnie wskazują, że będzie to prostsze niż łatwe.

Ale najlepsze przyszło po owych kongresach, nazywanych szumnie „ po amerykańsku” konwencjami. Albowiem okazało się, że pod koniec rządów Mateusza Morawieckiego, ówczesny minister rolnictwa Robert Telus zezwolił lub też się nie sprzeciwił sprzedaży gruntów przeznaczonych pod budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego prywatnej firmie, która była sponsorem jednej z najważniejszych imprez… Platformy Obywatelskiej. Czy to z tego powodu owego dealu przez dwa lata nie wykryła czujna ekipa Donalda Tuska? Musiał to dopiero uczynić dziennikarz. W każdym razie „osiągniecia” konwencji obu ugrupowań szybko zeszły na dalszy plan zanim ktokolwiek zdążył w nich się rozsmakować.

Reklama

Czas więc przywołać klasyka, który pod koniec poprzednich rządów swojego ugrupowania ocenił: „Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje – dlatego, że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością”. To oczywiście słowa prawnuka Henryka Sienkiewicza - Bartłomieja Henryka, wtedy ministra spraw wewnętrznych.

Afera z tymi gruntami, w której obie strony obwiniają się nawzajem, to tylko kolejny dowód, że czas POPiS-u już dawno powinien się skończyć. Tylko niestety nadal brak poważniej siły, bo Konfederacja udowadnia, że taką na pewno nie jest i raczej nie będzie, która wreszcie by ten układ rozmontowała na stałe. Zabetonowanie sceny politycznej ma obecnie level dla nikogo nieosiągalny.

Reklama

Na koniec warto i trzeba zając się tematem, który pokazuje, że jednak każdy beton kiedyś skruszeje. Gdy zbliża się dzień 1 listopada na chwilę cichną spory historyczno-polityczne, bo zaczynamy sobie przypominać słowa, które wbrew powszechnemu mniemaniu nie zapisał Norwida, a wypowiedział francuski marszałek Ferdinand Foch: „Ojczyzna to ziemia i groby. Narody tracąc pamięć, tracą życie". Wielu to zmieniało w „Tam Polska, gdzie polskie groby”.

Wtedy sobie przypominamy i raczej żaden krytyk „prawidłowo myślący” nam wtedy tego nie wytknie, że kiedyś, a właściwe jeszcze zupełnie niedawno polskie groby, a więc i Polska była  w Wilnie, Lwowie, Stanisławowie, Kołomyi czy Grodnie. A polskie cmentarze są także na Syberii, we Włoszech, Holandii czy nawet w Afryce.

Reklama

To już się powoli zaciera w pamięci, ale właśnie jeszcze długo po wojnie jednym z największych problemów przeniesionych z Kresów Dolnoślązaków było to, że nie mają możliwości zapalić świeczki na grobie najbliższych. Było to doświadczenie raczej nieznane w innych rejonach Polski. Tu, zwłaszcza w te listopadowe dni, bolało.

Tak naprawdę, to mogli to uczynić, a właściwie już ich potomkowie, dopiero na przełomie XX i XXI wieku, a wielką rolę tu odegrała fundacja Studio Wschód z jej prezes, pani redaktor Grażyna Orłowską-Sondej, która zainicjowała akcję "Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia". Fundacja ma pod opieką 150 polskich nekropolii. - Myślę, że nawet 90 procent tych, którzy stąd wyjechali, już nigdy tu nie przyjechali – oceniła kiedyś. Nie tylko dlatego, że po prostu przez długi czas nie mogli. - To był strach przed tą ziemią - tłumaczyła

Reklama

A wracając do dolnośląskiej powojennej rzeczywistości, to warto sobie uzmysłowić, że gdy nie mogli być na grobach swoich rodzin, to tej pamięci o bliskich starsi potrafili „uczyć” dzieci na niemieckich mogiłach. Głównie bezimiennych. Tak się działo we Wrocławiu, tak bywało i w innych dolnośląskich miasteczkach. Niczym odosobnionym nie było, że przez kolejne lata płonęły na nich świeczki i leżały kwiaty. Oczywiście te niemieckie cmentarze sukcesywnie likwidowano i proszę mnie zwolnić z oceny tych działań, bo one nie mogą być jednoznaczne. Z drugiej strony, było przecież wiele racjonalnych wytłumaczeń. Choćby dlatego, że wiele nekropolii znajdował się w ścisłym centrum miasta.

W każdym razie zaczęły i z czasem znikać też te pojedyncze bezimienne mogiły. Pewnie by już nie miał nawet kto nimi się zajmować, bo przecież zaczęło przybywać naszych…

Natomiast w 2025 roku mam taką nadzieję, że nikomu w ramach walki z „regermanizacją” Wrocławia nie przyjdzie do głowy zdmuchiwanie świeczek na tych już nielicznych ocalałych grobach z czasów Breslau. Z wielu powodów. Nie chodzi o to, by w życiu codziennym umartwiać się powtarzając niczym zakonnicy „memento mori”. Wystarczy, że tylko w te dni będziemy pamiętać może i brutalną prawdę, którą w postaci XVII-wiecznego zapisu o zrównaniu stanów pokazał mi przed laty prof. Jacek Kolbuszewski, znakomity literaturoznawca i tanatolog: "w grobie nie poznasz co pańskie, a co chłopskie gówno, bo śmierdzą jednakowo te nieboszczyki i jednakowo się rozkładają".  

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 31/10/2025 07:01
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo tuWroclaw.com




Reklama
Najnowsze wiadomości